www.adventurepictures.eu
authors: Marzena Hmielewicz and Marcin Jamkowski

Uratowane z Potopu 

 

URATOWANE Z POTOPU

Odkryciom archeologicznym rzadko towarzyszą kamery. Nas odwiedziło kilkanaście ekip – od TVP, po Al-Dżazirę. Nie codziennie w końcu wydobywa się z rzeki, kilka ton królewskich skarbów sprzed 350 lat. I to w samym centrum stolicy!

Tekst Marcin Jamkowski

Potężny policyjny helikopter zawisł kilkanaście metrów nad moją głową. Najpierw ogłuszył mnie huk wirnika, a chwile później poczułem podmuch. Huragan, jaki rozpętał się pod helikopterem, o mało nie przewrócił statywu z kamerą, podrywał żwir i kamienie z dna rzeki i niemiłosiernie siekł piaskiem w twarz. „Wypuszczam linę” – padła przez radio komenda od pilota i po chwili już ogromny stalowy hak przyczepiany był do pierwszego z pieczołowicie zapakowanych zabytków. „Fontanna gotowa. Możesz podnosić” – zatrzeszczało w eterze i dziesięciotonowy Mi-8 zaczął się unosić. Z gracją, precyzją, siłą i delikatnością ważąca pół tony marmurowa kolumna uniosła się w powietrze i po kilkuminutowym locie bezpiecznie powędrowała na nieodległy brzeg. Po chwili w podniebną podróż ruszył kolejny element – rzeźbiony w marmurze kartusz herbowy dynastii Wazów z niszą portretową, która kiedyś kryła popiersie władcy. Wkrótce sześć najcięższych zabytków, których nie dałoby się inaczej wydobyć z rzeki, znalazło się na brzegu.

Kiedy patrzyłem, jak centymetr po centymetrze napinała się lina i jeden po drugim bezcenne 400-letnie zabytki odrywają się od ziemi, serce mi prawie zamierało. Szukaliśmy ich przez ostatnie trzy lata i drżałem o nie, prawie jak o swoich bliskich.

 

Stołeczny urok burżuazji

Historia zabytków, na które naszej wyprawie udało się natrafić na dnie Wisły, zaczyna się na początku XVII wieku. Wtedy to, po niedawnym przeniesieniu stolicy z Krakowa do Warszawy, król Zygmunt III Waza zdecydował, by podnieść rangę swej warszawskiej rezydencji. Zamek Królewski, który jest nie tylko siedzibą monarchy, ale i miejscem spotkań Sejmu, dostał się w ręce zdolnego architekta Giacomo Rodondo. Włoch nadzorował przebudowę dawnej warowni w nowoczesną wystawną rezydencję, zaprojektował nowe skrzydło budynku oraz stylowe wnętrza. Niestety z tych czasów – z tzw. pierwszej fazy przebudowy – nie zachowało się praktycznie nic. Wiadomo, że do zamku zamawiano marmury w kamieniołomach w Chęcinach i Dębniku. Wiadomo, że przywożono jakieś elementy wystroju z zagranicy. Jednak opisujące szczegóły jego wystroju dokumenty, sztychy, obrazy, rysunki zginęły w kolejnych polskich pożogach. Z ogólnikowych opisów miasta wiadomo jednak, że nie tylko sam Zamek Królewski, ale i cała Warszawa w owym czasie była jednym z najpiękniejszych i najbardziej wystawnych miast Europy. Wzorowana na metropoliach zachodu i południa kontynentu, zasilana w gotówkę z handlu i podbojów Rzeczypospolitej rozciągającej się od Bałtyku po Morze Czarne, Warszawa stała się miejscem architektonicznych popisów krajowej magnaterii. Pałace przy Trakcie Królewskim oszałamiały tak smakiem, jak i zbytkiem.

Ten świat odszedł w niebyt w 1655 roku, kiedy u wrót polskiej stolicy stanęła armia szwedzkiego króla Karola X Gustawa, który z Bałtyku chciał uczynić szwedzkie morze wewnętrzne. Szwecja, dziś kojarzona z dostatkiem, tolerancją, neutralnością i bezpieczeństwem socjalnym, w XVII wieku była krajem biednym i głodnym. Żołnierze wkraczający do Warszawy byli oszołomieni zastanym bogactwem. Szwedzki król, kiedy zobaczył zamkowy teatr, oniemiał i postanowił się w nim koronować na króla Rzeczypospolitej. Gdy jednak polska magnateria zbojkotowała uroczystość, dał sygnał do rabowania ich rezydencji. Początkowo w Warszawie, a wkrótce z całej Polsce w czasie Potopu Szwedzkiego ograbiane były zamki, pałace, dwory, kościoły, klasztory. Łupem armii padały kosztowności, księgozbiory, rzeźby, stroje, kolumny, fontanny, obrazy, dekoracje rzeźbiarskie, parapety, armaty, ogrodowe wazony, marmurowe framugi, a nawet... posadzki! Akcja rabunkowa była tak skuteczna, że w Warszawie po Potopie z XVII-wiecznych zabytków nie zostało praktycznie nic. Według wielu historyków ani późniejsze zabory, ani okupacja hitlerowska ani radzieckie „brygady trofiejne” nie wyrządziły takich strat dla polskiej kultury narodowej jak właśnie „Potop”.

 

Marmurowy snopek króla

– Warszawa w czasie „Potopu Szwedzkiego” przechodziła wielokrotnie z rąk do rąk. Wszelkie zdobyte kosztowności ładowano więc jak najszybciej na wszystko, co pływało i błyskawicznie spławiano Wisłą do Gdańska, gdzie czekały żaglowce – opowiada dr Hubert Kowalski, archeolog i historyk z Instytutu Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego. Od lat wiadomo było, że część z barek, tzw. „szkut”, z łupami po drodze tonęła. Dr Kowalski natrafił na informacje sugerujące, że przynajmniej jedna szkuta zatonęła na terenie Warszawy – wiozła rzeźby, marmury, działa. Nie było jednak kompletnie wiadomo, gdzie doszło do wypadku. Na fragmenty wiezionych przez nią skarbów natknęli się przypadkiem piaskarze warszawscy w 1906 roku, ale i oni nie zdradzili miejsca odnalezienia skarbu. Z ówczesnych relacji prasowych wynika tylko, że wydobyli rzeźbę delfina (fragment fontanny), wazony ogrodowe i kule armatnie. Próbowali podnieść także rzeźbę orła, ale ułamało im się skrzydło i zabytek z powrotem utonął w nurcie. Samo skrzydło zaginęło w czasie II Wojny Światowej. Po wojnie syn jednego z piaskarzy, niejaki pan Paś, zgłosił się z prośbą o zapomogę do Rady Narodowej. – Napisał że ojciec wydobywał zabytki z Wisły, że wiele ich pod wodą mogło pozostać i dodał, ku mojej radości, że działo się to „na wysokości warszawskiej Cytadeli” – opowiada dr Kowalski.

Ten odnaleziony przez Kowalskiego list dał impuls do zorganizowania ekspedycji na poszukiwanie zrabowanych zabytków. Zaczęliśmy we trójkę: Dr Hubert Kowalski, dr Justyna Jasiewicz z UW i niżej podpisany. Wkrótce dołączyli do nas dr Piotr Kuźniar z Politechniki Warszawskiej, dr hab. Grzegorz Kowalski z Wydziału Fizyki UW, Jacek Książak, płetwonurek oraz dr Andrzej Osadczuk, z Uniwersytetu Szczecińskiego. Nasza wyprawę „Wisła 1655-1906-2009, Interdyscyplinarne badania dna rzeki” wsparła policja rzeczna, miasto, wojsko, straż pożarna, Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Narodowy Instytut Dziedzictwa oraz grupa wolontariuszy.

W pierwszym sezonie przeczesaliśmy elektroniką podwodną obszar w bardzo szerokiej okolicy Cytadeli. Z wyników pomiarów echosond, sonarów i profilomierza osadów dennych powstała najdokładniejsza dotychczasowa mapa dna Wisły, a na niej podejrzane miejsca, w których leżące na dnie kamienie nie przypominały zwykłych otoczaków. W drugim sezonie, kiedy chcieliśmy w tych miejscach nurkować, przyszła powódź. W zeszłym roku Wisła po raz pierwszy uśmiechnęła się do nas – nurkując i przeszukując płycizny przy bardzo niskim stanie wody natknęliśmy się na 99 zabytków – XVII wiecznych arcydzieł wykonanych z marmuru i alabastru. Dokumentacja znalezisk, pomiary, rysowanie i opisywanie miejsca trwało tydzień. Aż w końcu pływającym dźwigiem z pomocą nurków mogliśmy podnieść z dna rzeki te wszystkie rzeźbione „cacka”. Naszym oczom po raz pierwszy ukazywały się kamienne łuki, marmurowe futryny, parapety, nadproża, posadzki i ozdobne dekoracje. Gładkie, z widocznymi łączeniami na kołki osadzane w ołowiu, pokryte warstwą wiślanych glonów i mułu. A wszystkie przeleżały w wodzie 350 lat!

Absolutnym hitem okazał się być dwumetrowy trójkątny marmurowy fragment ozdobnej arkady (tzw. przyłucze): po podniesieniu okazało się bowiem, że jest na nim wyrzeźbiony ogromny snopek, a to jest... królewski herb samych Wazów!

- To marmury z kamieniołomów Chęcin, Dębnika i Zygmuntówki (stamtąd pochodziła pierwsza kolumna Zygmunta). Sposób wykonania płaskorzeźby wskazuje na lata 1604-1605. Pochodzą z Zamku Królewskiego, jednak nie wiadomo, z jakiego dokładnie miejsca. Część drobniejszych przedmiotów to tzw. importy: zabytki z alabastru pochodzące z Niderlandów – podsumował plon dr Hubert Kowalski.

 

Wisła skarbów

Do rzeki wróciliśmy w tym roku. Uśmiech losu trwał nadal – Wisła opadła do stanu niespotykanego od czasów, gdy zapisuje się jej poziom – od około 200 lat. Miejsca znane nam tylko z wcześniejszych zapisów sonaru, mogliśmy obejrzeć gołym okiem. Inne, które w czasie pomiarów leżały 3-5 metrów pod wodą, dziś kryła woda ledwie po pas. Jako pierwsze znaleźliśmy fragmenty drewnianego wraku. Wręgi, fragmenty poszycia dna, deski z burt – a wszystko łączone na drewniane kołki, na duże, niekształtne kwadratowe nity, z wycięciami do przeciągnięcia stabilizujących konstrukcję powrozów. Nie wiemy jeszcze czy to wrak szkuty, która wiozła „nasze” zabytki – drewno zostanie poddane specjalistycznym badaniom dendrochronologicznym, by na podstawie sekwencji słojów ustalić jego wiek. Zaledwie 100 metrów od szczątków wraku, chodząc z dr. Kowalskim po płyciznach, natknęliśmy się na prawdziwą „ławicę” marmurowych fragmentów – kawałki elewacji, arkady ogrodowej, podłóg i parapetów oraz 700-kilogramowe zdobione nadproże. A pomiędzy nimi rozsypane kule armatnie – początkowo znaleźliśmy i wykopali z dna kilka z nich, po kilku dniach liczba kul przekroczyła jednak 30! – To szczególne znalezisko, bo o kulach wspominali piaskarze. Jesteśmy we właściwym miejscu! – ekscytuje się dr Hubert Kowalski. Największą furorę zrobiła jednak grupa rzeźb wokół marmurowej fontanny ogrodowej ozdobionej manierystycznymi rzeźbami – czterema twarzami wypluwającymi wodę. Tuż obok niej spoczywał element z importowanego (prawdopodobnie z Niderlandów) czarnego marmuru, „ozdobiony”... XVII-wiecznymi graffiti! Kilka osób wyrżnęło swoje nazwiska i daty – z połowy XVII stulecia. Może rabusie? Może rzemieślnicy? Niedaleko znaleźliśmy też dwumetrowe kartusze herbowe, elementy balustrady, konsole zwieńczającą kolumnę, marmurowe, rzeźbione wsporniki do ław ogrodowych, fragmenty schodów. Nieco dalej w głębi rzeki wydobyliśmy około 250 marmurowych kafli z zamkowej posadzki i misy do ogrodowych fontann. Największym zaskoczeniem dla nas wszystkich były jednak... wielkie, drewniane koła od armat! W sumie odnaleźliśmy ich około 15 – kilka zachowanych w doskonałym stanie, kilka zbutwiałych, rozpadających się na fragmenty. Obok leżało także wiele elementów wozów – dyszle, osie, metalowe łączniki. Wszystkie zabytki poddane zostaną długiej konserwacji. Potem trafią do jednego z warszawskich muzeów.

– To jest dla mnie niesłychane. Te wszystkie przedmioty po raz pierwszy od 350 lat oglądają świat – mówi Marzena Hmielewicz, fotograf wyprawy, kiedy spod wody wyłania się kolejne koło.

Wkrótce będziemy prowadzić następne poszukiwania, tym razem w wiślanych głębiach – z sonarami i z użyciem nurków. Wciąż nie mamy przecież orła! – I armat! – dodaje dr Hubert Kowalski. Jest więc po co wracać!

---

Więcej o poszukiwaniu skradzionych zabytków
wkrótce w filmie "Uratowane z Potopu".
Zobacz stronę filmu

 

forward
do poczytania   |   galeria   |   o nas   |   publikacje   |   kontakt   |   english version

design :· speleo.pl