www.adventurepictures.eu
authors: Marzena Hmielewicz and Marcin Jamkowski

Bałtyk 

 

 
 
 

Steuben - ostatni Titanic Bałtyku

Tekst Marcin Jamkowski

Powierzchnia Bałtyku jest szara jak burzowe chmury, a silny sierpniowy wiatr dodaje falom groźnych grzyw, gdy we czterech wskakujemy do wody. Każdy ma na sobie po pięć-sześć butli do nurkowania napełnionych czterema różnymi gazami do oddychania aż do głębokości 72 m. Sprzęt waży ok. 100 kg, więc staramy się jak najszybciej zanurzyć – pod wodą ten ciężar pozornie traci na wadze. Opadamy wzdłuż liny ku leżącemu na dnie, niedawno odkrytemu wrakowi „Steubena” – okrętu, na którym w ostatnich dniach II wojny światowej rozegrała się mało znana tragedia, która kosztowała życie 4,5 tysiąca ludzi. To niemal trzy razy więcej ofiar niż pochłonął słynny „Titanic”! Upiorny wrak odnalazły niezależnie od siebie i przebadały sonarem ekipy Polskiej Marynarki Wojennej oraz nurków ze Szwecji wiosną 2004 r. Póki co, zaledwie garstka płetwonurków widziała ten statek zatopiony 10 lutego 1945 r. dwiema torpedami przez sowiecki okręt podwodny.

W słabo przejrzystym Morzu Bałtyckim z każdym metrem robi się coraz bardziej ponury nastrój. Gdy docieramy na głębokość 35 metrów praktycznie zapada noc. Nawet w świetle naszych potężnych lamp jedyne co widać, to lina monotonnie przesuwająca się przed oczami. Stalowe cielsko wraku wynurza się z mroków Bałtyku gdy docieramy do głębokości 50 metrów. Początkowo trudno rozpoznać kształty statku – orientację utrudnia to, że kadłub leży na boku. Woda ma temperaturę 4 st. C, wiec odruchowo każdy kuli się w sobie i podświadomie ogranicza ruchy; co gorsza – warstwy wody mieszają się, ograniczając miejscami widoczność do kilku metrów. Na dodatek wrak jest spowity całunem setek porwanych sieci rybackich. Ostrożnie płynąc podziwiam zgrabny kształt kadłuba zwieńczonego eleganckim relingiem i równe rzędy okrągłych bulajów.

Zbudowany w 1923 r. Steuben, został przekształcony w 1944 w statek do transportu rannych żołnierzy. Na pokładzie uzbrojonego w 12 działek przeciwlotniczych, 168-metrowego okrętu tłoczyło się ponad 5000 osób (w tym około tysiąc uchodźców) gdy padł ofiarą ataku ponad 60 km od Ustki. Z lodowatego Bałtyku udało się uratować zaledwie 659 osób.

Gdy mijam pokład spacerowy do głowy cisną mi się myśli o okropnych scenach jakie rozegrały się tu 60 lat temu. Widzę oczami wyobraźni tłum ludzi stłoczonych w wąskich korytarzach i walczących na śmierć i życie by dostać się na rufę i tam zdobyć miejsce w szalupie lub na tratwie ratunkowej. Przez wybite wielkie okna zaglądam do środka. Wewnątrz zadziwiająca, całkowita pustka. Ani jednego przedmiotu, żadnych sprzętów pokładowych, porozrzucanych bagaży – nic. Jakaż musiała być siła wody, która wdzierała się przez te pokłady, że wymiotła z nich wszystko, pozostawiając wyłącznie nagie stalowe ściany?

Za pokładem spacerowym widzę charakterystyczne kształty zwieńczonych łukami okien. To za nimi, w wypełnionych rannymi dawnych salach koncertowych, zapewne spoczywają dziś szczątki tysięcy ludzi. W uszach dźwięczą mi słowa, jakie słyszałem od oficerów polskiej Marynarki Wojennej, którzy badali „Steubena” i okolicę wraku bezzałogowym pojazdem podwodnym: „widzieliśmy na obrazie z kamery, że cała okolica wraku jest usiana ludzkimi szczątkami. Wszędzie kości i czaszki”.

Nie wchodzimy do środka wraku. Nie tylko dlatego, że to byłoby niesłychanie niebezpieczne, a widok nie należał do przyjemnych. Przede wszystkim dlatego, że ci ludzie i ich podwodny grobowiec zasługują na szacunek, a nie na traktowanie jak niezdrową sensację. Wyobrażam sobie dramat, o którym z przerażeniem słuchałem opowieści garstki ostatnich żyjących świadków, którzy ocaleli z katastrofy „Steubena”. Słuchałem ich i mimo świadomości tego, co hitlerowcy zrobili Polakom, łzy stawały mi w oczach.

* * *

Początek zimy 1944/45 roku był w Prusach Wschodnich zaskakująco ciepły. Roztopy i błoto na drogach tej przedwojennej niemieckiej prowincji wciśniętej między Polskę a ZSRR, nie stwarzały żadnej nadziei dla czołgów armii Stalina, która czekała by kontynuować przerwaną w połowie 1944 r. ofensywę. Dowódcom potrzebny był tylko mróz, by po zamarzniętej na kość ziemi uderzyć na prowizoryczne umocnienia niemieckie wzniesione w pośpiechu przez skierowaną do pracy ludność cywilną.

Mróz przyszedł w połowie stycznia, a nawałnica dwustu dywizji Rosjan ruszyła w kilka dni później. Była nie do zatrzymania przez topniejące wojska III Rzeszy; front łamał się co chwila, a drogi wkrótce zapełniły transporty pełne rannych żołnierzy z frontu. Mimo niesłabnących zapewnień nazistowskiej propagandy, że nikt nie pokona „potęgi tysiącletniej rzeszy”, ludność cywilna coraz chętniej słuchała wycofujących się z frontu żołnierzy, którzy krzyczeli: „Iwan idzie! Uciekajcie!”.

Niemieccy cywile aż nadto dobrze rozumieli co może oznaczać spotkanie z nadchodzącą Armią Czerwoną wiedząc co zdarzyło się kilka miesięcy wcześniej w Nemmersdorf (Majakowskoje) – jednej z pierwszych miejscowości w Prusach Wschodnich zdobytej przez Sowietów. Zachęcani przez propagandę Rosjanie wzięli tam krwawy odwet na Niemcach za trzyletnie cierpienia wojenne swojego narodu. Zdobywszy miejscowość żołnierze najpierw dokonali masowych gwałtów na wszystkich kobietach niezależnie od wieku, a potem przybili je gwoździami nagie do drzwi stodół i domów w pozycji krzyża. Mężczyzn i dzieci zatłukli na śmierć pałkami, zastrzelili lub żywcem rozjechali czołgami. Niedługo potem Niemcy odbili Nemmersdorf i zobaczywszy obraz pożogi... zaprosili dziennikarzy! Przyjechali reporterzy z Niemiec oraz krajów neutralnych: Szwecji, Szwajcarii i Hiszpanii. Wkrótce potem niemieckie kina pokazywały nawet nakręconą na miejscu przerażającą kronikę filmową.

Postępy wojsk sowieckich były zaskakująco szybkie. W Elblągu powołany naprędce sztab miejscowych notabli przekonany był, że miasto ma jeszcze sporo czasu na organizację obrony i póki co należy zająć się zdobyciem aprowizacji. Rajcy miejscy i oficjele zastanawiali się podczas zebrania skąd zdobyć sól, nim rozpocznie się oblężenie, gdy z zewnątrz do sali dobiegł chrzęst stali po średniowiecznym bruku. Gdy rzucili się do okien, okazało się, że spomiędzy kupieckich kamieniczek na rynek wjechały pierwsze rosyjskie czołgi...

– Był koniec stycznia 1945 r. Pracowałam w przedszkolu w Nawiadach gdy na podwórko wjechali niemieccy żołnierze z rannymi. Byli wycieńczeni walką i przestraszeni. Ostrzegli nas, że Rosjanie otoczyli Prusy Wschodnie i że to już najwyższa pora uciekać – wspomina Helene Sichelschmidt. Ta elegancka, wrażliwa i subtelna potomkini Polaków i Niemców mieszkających na Mazurach, opowiada mi z nieukrywanym wzruszeniem w swym domu w zachodnich Niemczech historię sprzed 60 lat, która odcisnęła piętno na całym jej życiu. – Razem z przyjaciółką z pracy – Marti Gleich zdecydowałyśmy się uciekać z tym, co miałyśmy przy sobie. Nawet nie wróciłyśmy do domów po resztę rzeczy.

Helene Sichelschmidt wspomina drogi zakorkowane przez niekończącą się rzekę uchodźców, noclegi w przypadkowych domach i porzuconych przy drodze wrakach samochodów, głód, naloty sowieckich samolotów i dwa tygodnie głównie pieszej tułaczki w srogim wschodnioeuropejskim mrozie. W końcu 8 lutego obie kobiety przewiezione kutrem rybackim przez Zalew Wiślany dotarły do Piławy. Miasto przedstawiało przygnębiający widok. Nie tylko dlatego, że kilka dni wcześniej zostało zbombardowane. Było również punktem do którego zwożono wówczas rannych z frontu wschodniego. W szczytowym okresie uchodźców było 3-4 razy więcej niż mieszkańców miasta.

- Port był pełen żołnierzy w zakrwawionych bandażach, wielu z nich leżało na noszach, większość pod gołym niebem. Prosili o wodę, o pomoc. A między nimi swej szansy na wejście na jakiś statek szukało wielu uchodźców, takich jak my – wspomina Helene Sichelschmidt.

W połowie stycznia 1945 r. Niemcy rozpoczęli na Bałtyku operację „Hannibal” – dowodzoną przez Karla Doenitza akcję wycofywania marynarzy na zachód, która z czasem objęła też ludność cywilną i stała się największą w historii operacją ewakuacyjną. Przez niecałe pół roku prawie 1100 statków przewiozło przez Bałtyk około 2,4 miliona ludzi. Z Piławy, Trójmiasta i Helu odchodziły na zachód duże pasażerskie liniowce, okręty wojenne, statki handlowe przerobione w pośpiechu tak by w ładowniach przeznaczonych np. na rudę żelaza mogły przewieźć uchodźców, a nawet małe kutry rybackie. Głównym punktem zbiórki uchodźców była Piława. Tylko z tego jednego portu do rdzennych Niemiec przewiezionych zostało 441 tys. osób.

„Steuben”, wszedł do portu 8 lutego po swej kolejnej podróży z rannymi i uchodźcami przez Bałtyk. – Oniemiałam na jego widok, a Marti powiedziała: „byłoby wspaniale tym statkiem popłynąć na zachód”.

Zachwyty były jak najbardziej na miejscu – „Steuben” był jednym z najbardziej luksusowych przedwojennych liniowców pasażerskich. Należał do północno-niemieckiego przedsiębiorstwa żeglugowego Lloyd w Bremie. Zwodowany w 1923 r. w Szczecinie (pod zmienioną później nazwą München) był jednym z najstarszych niemieckich statków handlowych i jednym z pierwszych, który zaczął pływać w rejsy dalekomorskie. W prospektach nazywano go „Pięknym białym »Steubenem«”. Na zdjęciach, jakie zachowały się z tamtego okresu można podziwiać wysmakowane wnętrza kabin inspirowane secesją, przytulne salony koncertowe i stylowe palarnie cygar. Po wybuchu II wojny światowej statek pełnił rolę okrętu-bazy, a od 1 sierpnia 1944 r. służył jako transportowiec do przewozu rannych żołnierzy. W tym czasie elegancka biel kadłuba musiała ustąpić maskującym wojskowym odcieniom szarości, a pokłady zaludniane dawniej przez wczasowiczów zeszpeciło pojawienie się działek przeciwlotniczych.

– Mimo tych zmian, wewnątrz wciąż czuło się unoszący się zapach luksusu – opowiada Paul Niehaus, który na „Steubenie” był stewardem, a dziś jest właścicielem hotelu i firmy sprzątającej biura w Niemczech. 

Niehaus obserwował, jak na statek przewidziany dla prawie 1,1 tys. pasażerów zaokrętowano 9 lutego 1945 r w Piławie kilkakrotnie więcej ludzi.

– Pierwszeństwo w dostaniu się na pokład mieli najciężej ranni żołnierze – wspomina Joachim Wedekind, oficer marynarki handlowej dziś mieszkający w USA, który płynął „Steubenem” w jego ostatnim rejsie. W czasie wojny Wedekind był kapitanem innego statku biorącego również udział w ewakuacji Niemców z Prus Wschodnich – liniowca „Marburg”. „Steubenem” płynął do Świnoujścia by dostać się na swoją jednostkę. Na czas rejsu przydzielono go do pomocy przy rozmieszczeniu rannych.

– Wszystkie, kajuty, sale i korytarze były zajęte przez rannych żołnierzy. Gdy wydawało się, że na statku nie zmieści się już ani jedna więcej osoba, kapitan „Steubena” Karl Homann, łamiąc rozkazy Hitlera, postanowił w ostatniej chwili wpuścić jeszcze dodatkowo tysiąc uchodźców – opowiada Wedekind. Przykazano im zostawić bagaże na nabrzeżu i znaleźć sobie miejsce pomiędzy rannymi na zatłoczonych korytarzach. – Przed odpłynięciem oszacowaliśmy wraz z innymi oficerami, iż na pokładzie znajduje się 5200 osób – twierdzi Wedekind. Kapitan zgłosił jednak tylko 4200.

Jednym z rannych żołnierzy którzy dostali się na pokład „Steubena” był Gerhard Döpke. Dziś emerytowany nauczyciel i pasjonat hodowli kwiatów, w czasie wojny służył w lotnictwie. Kiedy jednak w Niemczech zaczęły się kłopoty z paliwem i samoloty większość czasu spędzały w hangarach, skierowano go do wojsk lądowych – z dywizją „Herman Göring” trafił na front wschodni. – Błoto, głód i śmierć – oto jego wspomnienia z tamtego czasu. Pod koniec stycznia 1945 r. został ciężko ranny w głowę i rękę od wybuchu granatu. – Miałem w ciele 30 odłamków. Byłem półprzytomny, gdy pociągami sanitarnymi przewieziono mnie przez Królewiec do Piławy – wspomina. Tam na noszach załadowano go na pokład „Steubena”. – Ciężko rannych umieszczano na górnych pokładach, to mnie uratowało – przypomina sobie Döpke

Gdy kolejne fale rannych żołnierzy wlewały się na pokład „Steubena” Helene Sichelschmidt i jej przyjaciółka Marti wciąż tkwiły na nabrzeżu w ośnieżonym wraku trafionej w czasie nalotu ciężarówki, nie mogąc dostać się na swój wymarzony statek ku wolności. Nim los uśmiechnął się do tysiąca uchodźców, którym kapitan pozwolił w ostatniej chwili wejść na statek, do Helene i Marti uśmiechnął się jeden z marynarzy pracujących na „Steubenie”. Spacerował po nabrzeżu portu i zaproponował, że wciągną nas obie na statek przez okno – wspomina z lekkim rozbawieniem Helene Sichelschmidt. Dwaj marynarze pomogli im prześlizgnąć się przez wąski bulaj do wnętrza statku. – Marynarze mieli właśnie wachtę, więc oddali nam swoją kabinę. Po raz pierwszy od dwóch tygodni mogłyśmy się wykąpać i położyć spać w normalnym łóżku – opowiada pani Sichelschmidt. Nie mogły tylko wychodzić z kajuty póki statek nie odpłynie, by podstęp się nie wydał.

9 lutego 1945 r. wczesnym popołudniem „Steuben” zebrał cumy i wyruszył z portu w Piławie kierując się z prędkością 12 węzłów na zachód – do Świnoujścia. Do Półwyspu Helskiego płynął w eskorcie zaledwie jednego trałowca, od Helu towarzyszyły mu dwie łodzie torpedowe.

Miłą niespodziankę sprawiła pogoda – nieco się ociepliło i po południu temperatura wynosiła około zera st. C. Po zmierzchu nastała chłodniejsza, lecz cicha noc – wiatr ucichł, morze było spokojne, a niebo gwiaździste. Wyszedł księżyc. Rejs przebiegał spokojnie. W zaimprowizowanych na „Steubenie” salach operacyjnych chirurdzy zajmowali się najciężej rannymi żołnierzami, na świat przyszła też trójka dzieci. Panowała świetna atmosfera, ludzie cieszyli się, że udało im się wydostać.

Było tylko jedno zmartwienie, które trapiło kapitana statku – do niedawna niedoceniane przez dowódców niemieckiej floty radzieckie okręty podwodne. A zwłaszcza jeden, który ledwie 10 dni wcześniej odniósł na Bałtyku spektakularne zwycięstwo...

 * * *

 Tym okrętem podwodnym – o symbolu S-13 – dowodził 31-letni zdolny i odważny kapitan Aleksander Iwanowicz Marinesko. Ten przybyły z Ukrainy do Leningradu marynarz o rumuńskich korzeniach błyskawicznie zdobywał sławę i piął się po szczeblach wojskowej kariery. – Był uwielbiany przez załogę, szanowany za sukcesy w walce przez żołnierzy, ale nie lubiany przez dowództwo za swój impulsywny charakter i niewyparzony język – tak wspomina swego ojca córka Tatiana Marinesko, gdy rozmawiamy w jej mieszkaniu w Kronsztadzie pod Petersburgiem.

Na przełomie 1944/45 roku dowodzony przez niego okręt S-13 stacjonował w bazie w Turku w Finlandii. – Marinesku był bardzo wymagający i punktualny na morzu, ale na lądzie natychmiast się rozpraszał, no i nie ma co ukrywać, lubił balować – wspomina Aleksander Szagin, dyrektor Muzeum Sił Podwodnych Rosji im. A. Marinesku w Petersburgu. W sylwestra Marinesku poznał Szwedkę, właścicielkę restauracji w Turku i zaproponował jej wspólny wieczór. Ta mało, że się zgodziła, to jeszcze odprawiła z kwitkiem mężczyznę, z którym wcześniej była umówiona na sylwestrową noc. W tym czasie w bazie przełożeni bezskutecznie poszukiwali dowódcy S-13, by z nim omówić plany bojowe okrętu. Jeden z marynarzy odnalazł Marinesku w restauracji i powiadomił go, że musi natychmiast wracać. Na to owa Szwedka odpowiedziała: „ja swojego mężczyznę odprawiłam, to i ty odpraw swego”. No i dowódca wrócił na okręt dopiero rano. Na głowę Marinesku z miejsca posypały się gromy. Gdyby zrobił coś takiego na początku wojny, zapewne zostałby prędko rozstrzelany po doraźnym sądzie. Jednak pod koniec wojny doświadczeni dowódcy byli na wagę złota. Przełożony dał mu więc szansę mówiąc: „Czekam na ciebie ze zwycięstwem” i wysłał S-13 w morze.

Marinesku wziął sobie do serca przykaz przełożonego i za wszelka cenę postanowił udowodnić, na co go stać – obrał kurs na polskie wybrzeże, by tam przyczaić się na grubszego „zwierza”, którego w czasie operacji „Hanibal” nie brakowało.

30 stycznia po południu wachtowy zawiadomił go, że widzi nieprzyjacielskie statki. Krótka narada i Marinesku postanawia je gonić, tak, by przyjąć jak najlepszą pozycję do strzału. Kilka minut po godzinie 21 okręt S-13 odpala trzy torpedy. Wszystkie trafiają w przednią część „Wilhelma Gustloffa” ponad 200-metrowego, pospiesznie uzbrojonego liniowca pasażerskiego wypełnionego uchodźcami i rannymi. Ginie prawdopodobnie 9 tysięcy ludzi. To jedna z dwóch największych katastrof morskich wszech czasów; druga to Goya zatopiona z 6-7 tys. ludzi w kwietniu 1945 r. na Bałtyku przez inny sowiecki okręt podwodny.

S-13 na płytkiej wodzie przeczekał kontratak niemiecki i po czterech godzinach wynurzył się. – To co wracamy na północ? – spytał dowódcę pierwszy oficer Jefriemienkow. – Wracamy,... ale na patrol! – odparł Marinesku.

Nie minęły dwa tygodnie, a około północy z 9 na 10 lutego 1945 r obserwująca horyzont na wysokości Ustki załoga S-13 zobaczyła łunę z kominów kolejnego statku. Po przejrzeniu podręcznika budowy okrętów Marinesku uznał, że ma przed sobą krążownik i zaczął się do niego podkradać. W rzeczywistości był to pasażerski „Steuben”.

 Gdy S-13 był niemal gotowy do strzału, jeden z okrętów konwoju wykonał zwrot i zaczął plynąć wprost na Rosjan. Marinesku sądząc, że go zauważono nakazał natychmiastowe zanurzenie. Minęła godzina nim okazało się, że był to przypadek i S-13 na nowo podjął trop. Po kolejnych dwóch godzinach, okręt był znów gotowy do salwy. Dziesięć minut przed godziną 1:00 Marinesku rozkazał obsługującemu wyrzutnie torped Władimirowi Kuroczkinowi odpalenie z wyrzutni rufowych dwóch torped, po czym S-13 wziął kurs na północ i jak najszybciej oddalił się na pełne morze.

– Obudził mnie potworny huk. Okrętem wstrząsnął dreszcz, który poderwał mnie z łóżka. Przeżyłem już wcześniej zatonięcie jednego statku, więc czułem, co się mogło stać – opowiada Paul Niehaus. Torpedy dosięgły części dziobowej statku, gdzie spała większa część załogi. Niehaus miał szczęście – jego kajuta była na rufie. – Biegłem w stronę pokładu. Po drodze słyszałem na korytarzach huk wystrzałów – to pozbawieni nadziei ciężko ranni żołnierze popełniali samobójstwa.

Gdy dostał się na pokład, statek już przechylał się na bok, a ludzie w nieopisanej panice skakali do wody. Jednak w lodowatym Bałtyku natychmiast tonęli. – Podbiegłem do dmuchanych tratw ratunkowych, jedną zrzuciłem do wody, lecz kiedy chciałem na nią skoczyć, zobaczyłem, że już jest zajęta przez kilka osób, które wcześniej znalazły się w wodzie. Wrzuciłem więc następną – to samo. Trzecią przywiązałem liną do siebie i z nią wyskoczyłem za burtę. Po chwili dosiadło się do mnie dwóch cywilów, pielęgniarka i ranny żołnierz. Jeszcze kilka osób, które nie zmieściło się do środka trzymało się tratwy od zewnątrz, jednak w lodowatej wodzie wszyscy w ciągu kilku minut zginęli.

Również Gerhard Döpke, gdy usłyszał huk i zobaczył, jak ze ściany spada portret generała Steubena, próbował wydostać się na pokład. – Miałem całkowicie unieruchomioną bandażami prawą rękę. Zostawiłem kamizelkę ratunkową żołnierzowi, który leżał koło mnie (pamiętam, że ten chłopak nie miał połowy twarzy) i zacząłem jedną ręką wspinać się po stromych schodach. Te schody widzę do dziś – ile razy jestem na dole klatki schodowej, tyle razy znów stają mi przed oczami. Jednak napierający tłum zrzucił mnie dwa razy na dół. Wtedy i do mnie dobiegły odgłosy samobójczych wystrzałów i dotarła myśl, że muszę się ratować – mówi Döpke. – Ostatkiem sił wydostałem się więc na pokład i dopełzłem do relingu. Statek osuwał się już w głębiny i któraś kolejna fala zmyła mnie z pokładu do morza. W wodzie złapałem się jakiejś deski, ale była za mała i o mało nie utonąłem. Zacząłem się wtedy modlić, pamiętam powiedziałem: „Panie, nie daj mi się tu utopić jak szczur”. I wtedy zdarzył się cud – prosto na mnie wypłynęła pusta tratwa ratunkowa. Zębami złapałem się liny od tej tratwy i jedną sprawną ręką zacząłem się na nią wdrapywać. Gdy mi się to udało, padłem zmęczony na twarz. Po chwili ktoś wdrapał się na mnie, zaraz następna osoba i moja twarz znalazła się tuż, tuż nad powierzchnią wody. Krzyknąłem ostatkiem sił: „nie pozwólcie wchodzić nikomu więcej, bo ja się utopię” i na kilka godzin straciłem przytomność.

Helene Sichelschmidt i jej przyjaciółka obudzone przez eksplozje natychmiast wybiegły na korytarz. – Żołnierze uspokajali wszystkich, że to nic wielkiego, że zderzyły się dwa statki. Ale poczułam, że idziemy w dół i nie uwierzyłam mu – opowiada Sichelschmidt. Przedzierały się trzymając się za ręce przez zatłoczone korytarze krzyczących w panice uchodźców, ku coraz wyższym poziomom. – Trzymałam się jakiejś drabinki, gdy statek nagle mocno się przechylił. Nogi zawisły mi w powietrzu. Na pewno spadłabym i już nigdy do niej nie doszła, gdyby nie żołnierz, który był pode mną – on podepchnął mnie ku górze, gdzie Marti podała mi rękę. Z dołu nie wydostał się za mną już nikt – mówi ze łzami w oczach. Wyszły na pokład, okazało się, że są na dziobie. Widząc, że statek idzie na dno, zdjęły buty, złapały się za ręce i czekały, aż zabierze je woda. – Nawet nie wiem kiedy znalazłam się pod wodą – mówi Helene Sichelschmidt. – Gdy wynurzyłam się Marti przy mnie nie było. Zaczęłam ją nawoływać, ale znikąd nie było odpowiedzi – opowiada nie kryjąc wzruszenia. Po chwili dopłynęła do tratwy.

Części łodzi ratunkowych nie dało się zwodować z uwagi na duży przechył statku, na jedną już spuszczoną z pasażerami na wodę spadło działo przeciwlotnicze, inną – również pełną ludzi – przygniótł urywający się komin „Steubena”, zabijając wszystkich, którzy się w niej schronili.

Po około 20 minutach „Steuben” zniknął pod wodą. Towarzyszące mu dwa okręty uratowały z lodowatej wody 659 osób.

 * * *

Po nadzwyczaj udanym polowaniu, Marinesku wracał do portu w Turku przekonany, że zatopienie trzech okrętów w czasie jednego rejsu będzie punktem przełomowym jego świetlanej kariery w armii. Liczył, że za zgładzenie „ponad 10 tysięcy faszystów” otrzyma jedno z najważniejszych radzieckich wyróżnień – zaszczytny tytuł Bohatera Związku Radzieckiego.

– Na jego wejście do portu zorganizowano wielkie przyjęcie, z dwoma pieczonymi prosiakami za dwa zatopione statki – mówi Borys Miedwiediew-Marinesku, przyrodni syn dowódcy S-13. Jednak zwierzchnicy mimo entuzjazmu z jakim patrzyli na jego dokonanie, nie zapomnieli mu sylwestrowej niesubordynacji. Marinesku otrzymał więc nieco mniej prestiżowy „Order Czerwonego Sztandaru”. – Nie wylewał żalu na zewnątrz. Ale czuło się, że się z tym nie pogodził – dodaje.

Konflikt wokół legendarnego dowódcy narastał. Po wojnie zdegradowano Marinesku o dwa stopnie i próbowano przesunąć go do służby na trałowcu. Gdy odmówił, wyrzucono go z marynarki. Pracował we flocie handlowej, w końcu trafił do administracji w instytucie transfuzjologii. – Tam też nie mógł sobie znaleźć miejsca i popadł w konflikt z szefem. Gdy w mroźną zimę ojciec rozdał swoim pracownikom walające się po podwórzu zakładu brykiety torfu opałowego, dyrektor oskarżył go o „kradzież własności państwowej” – opowiadają dzieci Marinesku. Dawny dowódca otoczonej już legendą S-13 został skazany na trzy lata łagru niedaleko Władywostoku. „Zamieć pokryła śniegiem cały nasz dom, aż po dach. Aby wyjść na zewnątrz musieliśmy przechodzić przez dziurę w suficie” – pisał z zesłania do żony. Zwolniony po półtora roku, wrócił do Leningradu. Zmarł na raka w 1963 r. Wyczekiwany tytuł „Bohatera ZSSR” został Marinesku przyznany paradoksalnie dopiero gdy Związek Radziecki się rozpadał – ostatnim dekretem Michaiła Gorbaczowa w 1990 r.

Próbuję zrozumieć tego człowieka. Odnajduję jego grób na Petersburskim cmentarzu. Czarny granit, złote litery, wysoko umieszczone popiersie. Rzucający się w oczy napis „Bohater ZSRR”. Pospiesznie przyklejona ikona z Matką Boską. – Kim był? – zastanawiam się. Mordercą uchodźców – jak chcą niektórzy w Niemczech? Utalentowanym żołnierzem, który świetnie wypełnił rozkaz i stał się autorem „ataku stulecia” – jak chcą jego apologeci? A może niepogodzonym z żadną władzą kozakiem, watażką, dla których każda wojna jest okazją do zabłyśnięcia?

I w końcu: czy miał prawo strzelać do tych statków? Pytam o to Heinza Schöna, który sam przeżył zatonięcie Gustloffa i o losach Niemców na Bałtyku napisał kilkanaście książek. Ten długo zwleka z odpowiedzią, zastanawia się i odpowiada z zaskakującą mnie stanowczością: – Byliśmy oprawcami. Napadliśmy na Polskę, zaczęliśmy tę wojnę...

 * * *

Nasza dwutygodniowa wyprawa na wrak „Steubena” miała się ku końcowi, gdy hołd poległym przyjechał złożyć dr Heinz Peters, szef wydziału kulturalnego Ambasady Niemiec w Polsce. – Niech narody zamieszkujące wybrzeże Morza Bałtyckiego nigdy więcej nie będą świadkami wojny, ponieważ zdarzenie, którego pamięć dziś czcimy, dosięgło ofiar jako ostatnia i tragiczna konsekwencja wojny rozpętanej przez ich własny naród – powiedział składając na wodzie ogromny biało-czerwony bukiet.

Kwiaty jeszcze długo unosiły się na wodzie, nim zniknęły za grzbietami narastających fal.

Artykuł powyższy ukazał się w ogólnoświatowym wydaniu
National Geographic w 2/2005

 

forward
do poczytania   |   galeria   |   o nas   |   publikacje   |   kontakt   |   english version

design :· speleo.pl