www.adventurepictures.eu
author: Marcin Jamkowski

Mali 

 

 

 


OPERACJA PUSTYNNA WIEŻA

Są w Mali ludzie, którzy sądzą, że wszyscy Biali na całym świecie
to wspinacze. Bo wszyscy biali ludzie, jakich w życiu
widzieli, przyjechali tylko po to, by wspinać się
na skały wznoszące się nad ich wioską

Tekst i zdjęcia Marcin Jamkowski

Od strony grupy glinianych domków pod pionową skałę podchodzi siedem osób. Słońce przed chwilą zeszło z południowej ściany szczytu. Dopiero teraz można się wspinać. Wcześniej - przed południem - upał nie pozwalał na żadne ruchy w ostrym słońcu.
Pod ścianą grupa dzieli się na trzy zespoły. Dalej każda dwójka-trójka będzie wspinać się samodzielnie.
Jest początek lutego w Mali - jednym z państw Sahelu, gorącego podbrzusza Sahary.

W oparach siarki

- Możesz iść! - krzyczę do partnera, z którym się wspinam. Początek poszedł nam w miarę łatwo. Teraz jesteśmy już dobre dwieście metrów nad ziemią. Ściana jest miejscami idealnie pionowa. Wielkie głazy leżące u podnóża wyglądają stąd jak ziarnka żwiru. Ja stoję na małej półeczce. Nie widzę wspinającego się Michała, zasłania mi go skalny okap. Czuję tylko, jak w miarę jego zbliżania się z dołu coraz łatwiej przesuwa się lina, na której go asekuruję. Dochodzi zziajany.
- Powoli nam idzie. Jak tak dalej pójdzie, może nas zastać noc w ścianie - mówi.
To pierwszy dzień wspinania, na rozgrzewkę wybraliśmy sobie Wamderdou - najniższy ze szczytów górujących nad obozowiskiem. Jego ściana wznosi się na wysokość trzystu metrów nad otaczającą nas płaską jak stół pustynią. W języku żyjącego tu ludu Peul (niektórzy nazywają go Fulani) jego nazwa oznacza Okrągły Szczyt.
Skała, po której się wspinamy, to czerwony, ciemnopomarańczowy piaskowiec. Nie ma w nim śladów skamieniałości - to utrudnia określenie jej wieku. Prawdopodobnie jednak jest to bardzo stara skała. Niemiecki magazyn wspinaczkowy „Rotpunkt” (nr 1/95) podaje, że powstała ona na początku paleozoiku - gdzieś pomiędzy kambrem i sylurem - ok. 550-450 milionów lat temu.
„Dwa razy w historii Ziemi stare jądra głównych kontynentów tworzyły tzw. superkontynent” - czytam w książce „Geologia historyczna”. I właśnie w czasach, gdy tworzyły się skały malijskie, kontynenty były połączone. Część, która leżała wtedy najbliżej Mali, po rozpadzie superkontynentu wylądowała w dzisiejszej Wenezueli (to na jednym z tamtejszych skalnych płaskowyży - Roraimie - Arthur Conan Doyle umieścił akcję pełnego dinozaurów „Zaginionego świata”). Dlatego skały, jakie tam występują, są bardzo podobne do niektórych skał malijskich - jednak z uwagi na wilgotniejszy klimat panujący w pobliżu amerykańskiej części równika nieco inaczej zerodowały.
- I są okrutnie zarośnięte, w dolnej partii to czasami pionowa dżungla - opowiadał mi Mariusz Biedrzycki, Słoweniec mieszkający w Polsce, który wspinał się w Wenezueli na Roraimę.
Malijska skała jest dosyć słabo zerodowana również dlatego, że prawdopodobnie nigdy nie zaznała mrozu. Jeżeli pęka, to w wielkie sześcienne bloki - niektóre wielkości szafy, inne - małego domu.
Ta skała ma jeszcze jedną niezwykłą właściwość - bardzo mocno pachnie. Jej zapach do złudzenia przypomina ten, jaki się rozchodzi, kiedy krzesając iskry, uderza się jednym krzemieniem o drugi. Dłonie przesiąkają tym zapachem na wylot, a wspinaczka w takich oparach - trochę jakby siarki - wydaje się przeżyciem nierealnym, magicznym.

Wyżej niż gekony

Michał zostaje na stanowisku, ja wspinam się wyżej. W masywie Ręki Fatimy, gdzie leży Wamderdou, nie ma tłumów wspinaczy. Trudno tutaj dotrzeć, a ekspedycja jest bardzo kosztowna. Dlatego, mimo że ścianą przede mną wspiął się z pewnością niejeden zespół, teren wygląda wciąż na dziewiczy.
W ścianie nie ma (w przeciwieństwie do europejskich rejonów skałkowych) zostawionego żadnego sprzętu do asekuracji - ani śladu haka. Wszystko, co miałoby utrzymać mnie w razie odpadnięcia, muszę podczas wspinaczki zakładać sam. Najlepiej sprawdzają się tzw. friendy - małe, lekkie, metalowe urządzonka przypominające minikotwice ze sprężynami. Wsuwa się takiego frienda (z ang. przyjaciel) w szczelinę, kotwica rozkłada ramiona i klinuje się w niej. Im mocniej szarpać frienda, tym on mocniej się zaklinuje. Przez karabinek na drugim jego końcu przepinam linę - gdyby omsknęła mi się ręka z chwytu czy noga ze stopnia, kawałek przelecę, ale zawisnę na linie. Im więcej założę takich punktów asekuracyjnych z friendów lub wbitych haków, tym bezpieczniej. Jeżeli jeden zawiedzie (np. ukruszy się skała i friend wypadnie), utrzyma mnie następny. Drugi koniec liny, przełożony przez specjalny przyrząd do asekuracji, trzyma w ręku partner stojący na stanowisku poniżej. Wspinając się „na drugiego”, pozbiera wszystkie friendy, jakie pozakładał pierwszy wspinacz.
Pęknięcia na ścianie nad moją głową są albo idealnie pionowe, albo poziome. Łatwiej jest łapać się tych poziomych. Zdarzają się duże półeczki na całą dłoń, a nawet rękę po łokieć, ale czasami pęknięcie jest tak słabiutkie, że na poziomej krawędzi miejsca wystarcza zaledwie na końce palców. Jeżeli chwyty są dostatecznie duże, wspinaczka przypomina wchodzenie po drabinie. Ale kiedy chwyty poziome kończą się lub są już za małe, sięgam do pionowych rysek - w tych trzeba klinować palce. Trochę to bolesne, ale ręka trzyma się dosyć dobrze.
Powoli zaczynam wyczuwać skałę - uczę się jak najszybciej poruszać się po niej. Nagle coś mi miga przed oczami - po ścianie nade mną ucieka w górę gekon!
Dwudziestocentymetrowej długości ciemnozielone ciało utrzymują w pionie krótkie grube łapki o palcach zakończonych czymś, co przypomina przyssawki. Gekon zwinnie wspina się cały czas dwa metry nade mną. Wyraźnie jest zaskoczony moją obecnością. Kiedy ja przekładam rękę w górę do następnego chwytu, on podbiega o kolejny metr.
Zatrzymuję się, trzymam ścianę jedną ręką, a drugą próbuję założyć frienda. Gekon odwraca głowę i patrzy na mnie zaciekawiony.
Ruszam, on też rusza. Po kilkunastu metrach wspólnej wspinaczki znudziła mu się zabawa albo się mnie wreszcie przestraszył - czmycha w pierwszą napotkaną szerszą szczelinę.
Zaglądam za nim do środka... i o mało nie spadam z wrażenia. W środku spoczywa metrowej długości wylinka węża! Ma trzy centymetry średnicy i wciąż niepokojąco skrzące się łuski. Mam nadzieję, że właściciel tej zasuszonej skóry nie jest jadowity i już dawno sobie stąd odpełzł. Ręce i nogi przyspieszają mi same. Mijam znalezisko i paręnaście metrów wyżej dochodzę do poziomej skalnej półki. Półka ma najwyżej metr szerokości, ale jest bardzo długa. Są już na niej dwa pozostałe zespoły, z którymi zaczynaliśmy wspinaczkę. Krzysiek z Waldkiem już szykują się do wyjścia wyżej. Dziesięć metrów obok Bogdan i Tomek porządkują linę, jeden z nich też za chwilę pójdzie do góry. Z niecierpliwością czekam na Michała.

Bez światła

Ściągam linę, na drugim końcu której wspina się mój partner. Kiedy dochodzi do mnie, słyszę, jak zegarek w plecaku wybija godzinę szóstą. W tym momencie, jak na komendę, zachodzi słońce. Nie zaczyna zachodzić, ale po prostu gaśnie! „Pstryk” i już go nie ma. W ciągu kilku minut zapadają kompletne ciemności. A księżyc wzejdzie najwcześniej za dwie, trzy godziny.
Zlekceważyliśmy Górę i za późno wyszliśmy na wspinanie. Szkolny błąd - zabrakło nam dnia. Drugi błąd - nie mamy już nic do picia. Litr na głowę na dzień wspinania na pustyni to co najmniej trzy razy za mało. Sprawdzamy plecaki - błąd trzeci. Mamy na dwóch tylko jedną latarkę. Moja leży w namiocie na dole - jakieś 250 metrów niżej.
- No to pechuńcio - szydzi ze mnie Michał. Ma rację. Michał Zieliński nie mógł zapomnieć o latarce - jest starym górskim wygą - wspina się 19 lat (ma 37). Od pewnego czasu ma jeszcze inne hobby - lata na paralotni - to skrzyżowanie spadochronu z lotnią. Po wejściu w zeszłym roku na Aconcaguę (najwyższy szczyt Ameryki Południowej - 6960 m n.p.m.) spod wierzchołka na dół sfrunął właśnie na paralotni. Ma 11-letniego syna.
Nie ma rady, musimy zrezygno- wać z wejścia na wierzchołek i po półeczce wycofać się w prawo na grań. Stamtąd powinno się dać w miarę łatwo zjechać na linie na przełęcz. Dalej zostanie tylko spacer po zboczu. Po ciemku, trochę po omacku, po trzech godzinach rzeczywiście docieramy do domu. Godzinę po nas przychodzi ze szczytu pozostała czwórka. Siódma osoba, Ania - jedyna kobieta w naszym gronie - zjechała na ziemię po pierwszych stu metrach wspinaczki i do domu bezpiecznie dotarła już wcześniej.
Zmęczony padam jak kłoda do śpiwora. Natychmiast zasypiam.

240 pięter pionu

- Boże, jak jasno! Która to godzina? - szturcham śpiącego obok Michała.
Jest szósta. Dopiero szósta, a tak jasno, że już nie da się spać. W Polsce jeżeli nie zadzwoni budzik, jestem w stanie spać do 10-11. Tutaj jest od rana tyle światła, że mój zegar biologiczny dał się oszukać i budzi mnie kilka godzin wcześniej.
Wychodzę z namiotu i jak co dzień oszałamia mnie piękno pięciu turni, pod którymi rozbiliśmy obóz - strzelistych palców Ręki Fatimy. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ich idealnie pionowe ściany wyrastają z pustyni niczym wieżowce Manhattanu z wód Atlantyku. Tyle że są od tych drapaczy chmur znacznie wyższe. Wszystkie wystają nad równinę na 300 do 600 metrów wysokości. To tyle, ile ustawionych jeden na drugim PIĘĆ warszawskich Marriottów! To 240 pięter pionu!
Na żaden ze szczytów nie da się wejść łatwą drogą - nie wspinając się. Oznacza to również, że z żadnego ze szczytów nie ma łatwego zejścia - żeby dostać się na ziemię po zdobyciu wierzchołka, trzeba zjeżdżać na linie. I to kilka-kilkanście razy z rzędu.

Prawie pierwsi Polacy

W Mali jesteśmy od kilku dni. Razem z Jurkiem Gumowskim, fotoreporterem z „Gazety”, przyłączyliśmy się do pierwszej polskiej wyprawy wspinaczkowej na Rękę Fatimy. W wyprawie bierze udział pięcioro krakusów i jeden warszawiak (Michał).
- Zamierzamy wspiąć się dziewiczą częścią ściany i stanąć na wierzchołku Kaga Tondo - najwyższej z pięciu turni Ręki Fatimy - mówi Bogdan Fic, kierownik ekspedycji.
Bogdan ma 33 lata. Szczupły, „przypakowany” w ramionach, małomówny. W Krakowie pracuje w firmie Pathways. Firma zajmuje się m.in. organizacją niecodziennych szkoleń dla pracowników. Bogdan podczas takich szkoleń dba o zaplecze alpinistyczne - zapewnia sprzęt i czuwa nad bezpieczeństem kursantów.
- Wcale nie jesteście tu pierwszymi Polakami - prostuje Salvador Campillo. - Pod koniec lat 80. było kilkunastu wspinaczy z Polski. Ale nie martwcie się. Wciąż możecie być pierwsi na szczycie. Oni nie zdobywali turni Ręki Fatimy. Wspinali się tylko na kilkunastometrowych skałkach, jakie stoją u podnóża gór.
Salvador jest bez wątpienia najważniejszym wspinaczem w Mali. Ma 45 lat. Urodzony w małej wiosce w Aragonii, wychowany w Katalonii, do Mali pierwszy raz trafił ponad 20 lat temu. Potem wracał tam wielokrotnie. Poślubił dziewczynę z zamieszkującego te ziemie plemienia Peul. Zbudował prymitywny dom z kamienia z widokiem na góry. Mówi w pięciu językach europejskich (w trzech biegle) i pięciu lokalnych (- Ale tylko w dwóch naprawdę biegle - ubolewa). Od kilku lat spędza w Mali tylko zimy, na gorętsze pół roku wyjeżdża z żoną i synem do Hiszpanii. Pracuje wtedy w Pirenejach jako przewodnik górski. Żona zarabia, zmywając naczynia w schronisku.
Salvador ma jedynego we wsi (i w promieniu wielu kilometrów) land rovera. Żółty stary terenowy grat wygląda, jakby się zaraz miał rozlecieć. Właścicielowi służy jako źródło dochodu w Afryce.
- Przejechałem nim 1,5 miliona kilometrów. Samą Saharę wzdłuż i wszerz przemierzyłem z turystami z Francji i Hiszpanii więcej niż 120 razy - opowiada.
Samochód ma już piąty silnik, czwartą skrzynię biegów, trzecią karoserię i trzeci zawieszenie.

Wspinanie za worek ryżu, samochód za wspinanie

Wszyscy wspinacze, którzy byli w Mali, mówią, że bez Salvadora wspinać się w tym kraju nie da. Mało tego, że obozującym pod Ręką Fatimy wspinaczom przywozi codziennie wodę z oddalonej o sześć kilometrów studni, to jeszcze np. wynegocjował z Ngouru, szefem wioski Garmi, do której należy teren, warunki dostępu do skał. Wcześniej każda ekspedycja musiała sama przez kilka dni zabiegać o względy wodza. Zazwyczaj przekonywał go stukilogramowy worek ryżu. Salvador jest autorem 96 nowych dróg wspinaczkowych na różne malijskie góry. Wydał na ksero książeczkę z mapami dojazdu do skał i schematami dróg pod tytułem „Farafina Kulu Yele” (Wspinaczka skalna w Afryce). Jest też inspiratorem powstania AMSM „TONDI” - Malijskiego Związku Sportów Górskich. Należą do niego wszyscy czterej wspinających się Malijczycy i 297 członków honorowych - wspinaczy z całego świata, którzy wspinali się w Mali (nasza ósemka też została przyjęta do TONDI) oraz oficjeli z okolicznych miasteczek.
- W zeszłym roku był u nas Francois Nicole, świetny wspinacz ze Szwajcarii. Wyjeżdżając, zostawił w prezencie dla Związku nowiutki japoński samochód terenowy, którym przyjechał - opowiada mi Abdrahaman Maiga, jeden z czwórki miejscowych alpinistów. - Co z tego, skoro samochód zabrał sobie nasz prezes. Zaczął wozić nim turystów i przestał się wspinać. A ja dalej nie mam czym jeździć na wspinanie.
- Skoro Nicole ofiarował auto związkowi, to kto ma nim jeździć jak nie prezes związku? - pyta retorycznie Amadou Diallo, prezes. - Za dwa lata będą w związku nowe wybory, każdy będzie mogł zostać prezesem - ucina wątpliwości.

Znajomość miejscowych realiów

Dla nas Salvador okazał się niezbędny w jeszcze jednej kwestii. Kiedy na przełomie stycznia i lutego wylądowaliśmy w Gao, malutkim miasteczku na wschodzie Mali, nasza ósemka miała ze sobą chyba więcej rzeczy niż cała reszta pasażerów stuosobowego samolotu z Marsylii. Ponieważ ostrzegano nas, że na miejscu nie będzie można kupić prawie niczego, wzięliśmy ze sobą wszystko - od sprzętu wspinaczkowego, przez żywność w proszku, po baterie do latarek. Spakowaliśmy to do pięciu wielkich beczek i kilku worków. Celnikom w Gao aż się oczy zaświeciły. Na powitanie, wszystkie beczki postanowili nam... skonfiskować! Zamknęli je w piętrowym, ogrodzonym wysokim murem budynku, siedzibie służby celnej, i polecili pilnować dozorcy ubranemu w sandały i ciężki wojskowy płaszcz. Tylko dzięki znajomościom Salvadora (i sile francuskiego franka...) udało nam się je nazajutrz odzyskać.
Szkoda, że Salvadora nie było z nami w Marsylii, może pomógłby odzyskać też paralotnię Jurka, którą liniom Air France udało się zgubić na trasie Warszawa - Marsylia. Jurek chciał z powietrza robić zdjęcia wspinaczki. Niestety, jego sprzęt „wypadł z komputera w Paryżu”.

Depresja Chorwatów

3 lutego. Pora na mały rekonesans. Piątka idzie z lornetkami pod ścianę Kaga Tondo (w języku Peul Turnia Dziadka) i Suri Tondo (Turnia Suriego. Kim był Suri? Tego nikt już dziś w wiosce nie pamięta). Będą wypatrywać ładnych, dziewiczych fragmentów skały, którymi można by poprowadzić nową drogę na szczyt.
Tymczasem my z Jurkiem idziemy do oddalonego o 20 minut od nas obozu Chorwatów. Ósemka wspinaczy z Chorwacji przyjechała ponad dwa tygodnie temu. Kilka namiotów rozbili pomiędzy dużymi blokami skalnymi.
- To dla ochrony przed harmattanem - mówią.
Harmattan to paskudny wiatr, jaki w Mali wieje zimą od Sahary. Potrafi wiać z prędkością dochodzącą do 150 km/godz. Niesie ze sobą drobne ziarnka piasku aż znad Czadu i Libii. Jeszcze w styczniu i lutym jego podmuchy trwały po cztery dni. Pył wciska się wtedy wszędzie, ma się go pełno pod powiekami, w mechanizmach aparatów fotograficznych, w jedzeniu, między stronami książek.
Chorwatom harmattan dał się solidnie we znaki. Wszyscy mają ciężką depresję. Fotograf siedzi w kucki na kamieniu i martwo wpatruje się w jeden punkt przed siebie. Dwaj inni przez godzinę grają w ringo płaskim kamieniem. - Mali to przeklęte miejsce. Można oszaleć od tego wiatru i od tych ludzi - mówią Chorwaci, których obóz odwiedza codziennie 30-40 osób z położonej o pięć minut drogi wioski Garmi.
- Przychodzą popatrzeć, co robią przybysze - tłumaczy zachowanie miejscowych Salvador. - Tu jest taki zwyczaj, że wszyscy mają drzwi w domach otwarte. Można wejść, kiedy się chce, i siedzieć dowolnie długo. A prosi się o pozwolenie na wyjście. Z namiotu też...
Dwóch chorwackich wspinaczy poprowadziło nową, trudną drogę na Kaga Tondo. Nazwali ją „Croatica”, a jej poszczególne wyciągi - odcinki o długości jednej liny (50-60 metrów) - ponazywali od nazwisk piłkarzy z reprezentacji kraju. Zazdrość o sukces i depresja doprowadziły w grupie do wybuchu.
- Prawie wszyscy już pokłócili się tu ze wszystkimi - przyznają sami. Na dodatek trawią ich tropikalne choroby. - Prędzej czy później każdy wymiotował, miał rozwolnienie, gorączkę. Czekamy już tylko na samolot. Lata raz na tydzień, jeżeli się tylko uda, zmienimy rezerwację i wrócimy jak najszybciej do domu. Zobaczycie, was też to czeka - prorokują.
Rację mieli tylko w połowie. Zdrowie faktycznie większości z nas przynajmniej raz zaszwankowało, humory nigdy.
Wieczorem po powrocie z rekonesansu chłopcy ogłaszają decyzję: na najwyższej z turni - Kaga Tondo - spróbują poprowadzić drogę w najbardziej „honornym” miejscu - na środku południowej ściany.
Następnego dnia czwórka wspinaczy od samego rana „pracuje” w ścianie. Obserwujemy ich z obozu przez lornetkę. Na tym oceanie skały wyglądają jak małe kolorowe kropeczki. Po południu zgłaszają się przez krótkofalówkę:
- Jesteśmy sto metrów nad ziemią. Znaleźliśmy wygodną półkę na ścianie. Zmieściłyby się tu dwie, a może nawet trzy osoby na nocleg - mówi Bogdan.
Do obozu wracają po zmroku.
- Przeszliśmy jeszcze jeden wyciąg nad półkami - mówi Tomek Samitowski. - Trudno było. Więcej się nie dało.
Tomek ma 28 lat. Zaczął się wspinać w podstawówce. Pogodnie nastawiony do życia, zarobił sobie wśród wspinaczy na przydomek „Uśmiech”. Jeszcze kilka lat temu brał udział w zawodach Pucharu Polski we wspinaczce sportowej. Przez kilka lat należał do ścisłej czołówki polskich skałkowców. - Ale w końcu skałki mi się znudziły - mówi. - I do tego cały ten reżim treningowy, dieta, ciągła konkurencja to nie dla mnie. Wolę większy luz i większe ściany.
W Krakowie utrzymuje się z prac na wysokościach - czyszczenie kominów, malowanie. Wszystko, co można zrobić, wisząc na linie.

„Małpowanie”

Tomek, Bogdan i Krzysiek wychodzą na wspinanie o szóstej rano - o tej porze jest jeszcze w miarę chłodno - tzn. ok. 15-20 st. C.
Trochę później i ja do nich dołączam, chcę poobserwować, jak wygląda wspinaczka w dziewiczym terenie, porobić zdjęcia.
Fotografowanie wspinania zupełnie nie przypomina zwykłej fotografii sportowej. Tutaj nie da się - jak np. w piłce nożnej - robić zdjęć spoza boiska. Trzeba wspinać się razem z zespołem zdobywającym ścianę - iść tą samą drogą co wspinacze, pokonywać te same trudności.
Zjeżdżając wczoraj, chłopcy zostawili tzw. liny poręczowe. Dzisiaj po nich podchodzą na górę. Idę razem z nimi.
Po linie nie podchodzi się na rękach, służą do tego tzw. małpy, czyli przyrządy samozaciskowe. Jeden mocuje się w pasie do uprzęży, a drugi trzyma w ręku. Przez oba przechodzi lina. „Małpy” przesuwają się tylko w górę - przy ruchu w dół zaciskają się na linie. Dlatego podsuwając na przemian raz jedną, raz drugą, powoli można przemieszczać się w górę.
Dzisiaj trzeba było przetransportować na ścianę jedzenie, picie i sprzęt, jaki niezbędny będzie do wspinaczki na następnych kilka dni. Każdy ze wspinaczy na czas „małpowania” wziął więc ze sobą solidny 10-15-kilogramowy worek z zaopatrzeniem.
Jedzenie, jakie zabiera się na wspinanie, nie przypomina tego, co zazwyczaj widzimy na stole. Żadnych kanapek ze smalcem! W ścianie zajada się głównie słodkie batoniki, suszone morele, rodzynki, czekoladę, muesli i orzechy - czyli takie produkty, które jak najmniej ważą, ale szybko dają dużo energii. Podobnie jest z piciem. Podczas wspinaczki, a nawet podczas „małpowania” traci się wiele wody. Lekarze szacują, że ubytek jednego procentu masy wody oznacza spadek sił aż o 10 procent. Oznacza to, że przeciętnej wagi mężczyzna, który w ciągu dnia wypoci trzy-cztery litry wody (a o to na Saharze nietrudno), będzie pod wieczór o połowę słabszy niż rano! Jedyny śmiertelny wypadek zanotowany dotychczas podczas wspinaczki w Mali spowodowany był właśnie odwodnieniem. Alain Pujos, Francuz, przewodnik alpejski z Sabaudii, próbował zdobyć wschodnią ścianę Hombori Tondo (12 km na wschód od masywu Ręki Fatimy) we wrześniu 1979 r. Pujos wcześniej dużo wspinał się w Mali zimą, ale źle obliczył ilość wody, jaka będzie mu potrzebna w ścianie latem. Został pochowany pod samą ścianą.
Ale picie czystej wody też nie jest dobrym rozwiązaniem. Dlaczego? Pocąc się, człowiek traci nie tylko wodę, ale też i sole mineralne. Kiedy ich brakuje, występują np. skurcze mięśni. Dlatego my zamiast wody pijemy isostar - specjalną mieszankę, w której skład poza wodą i solami mineralnymi wchodzi również fruktoza - cukier, który szybko daje energię, ale w przeciwieństwie do zwykłych słodyczy (które zawierają sacharozę) po spożyciu nie wywołuje uczucia ospałości. Podczas wspinania w upalne dni wypijamy tego napoju do trzech litrów dziennie.
Worki z zaopatrzeniem zostają na półce sto metrów nad ziemią. Dalej można się wspinać „na lekko”. Pierwszy wspina się na ogół Tomek, zakładając własną asekurację. Jeżeli dochodzi do miejsca, w którym frienda założyć się nie da, na dodatkowej linie dostaje od partnera wiertarkę. Wierci nią kilkucentymetrowej głębokości otwór i montuje w nim tzw. punkt asekuracyjny. Taki punkt przypomina kołek rozporowy, na jakim mocuje się w domu obrazki, ale różni się od niego wytrzymałością - można na nim zawiesić ciężar o masie ponad dwóch ton! Potem Tomek asekuruje Bogdana lub Krzyśka, którzy, dochodząc w górę, zakładają linę poręczową. Po niej podchodzi trzeci ze wspinaczy, który - jeżeli trzeba - dowierca punkty asekuracyjne. Ja „małpuję” pomiędzy drugim a trzecim wspinaczem. Po drodze, w szczelinach co chwila natykam się na ptasie gniazda. Pod wieczór wszyscy spotykamy się na półeczce, szerokości... szabli! Ma może z metr długości i najwyżej 10 cm szerokości. Nie bardzo jest gdzie postawić nogę - każdy raczej wisi w uprzęży, przyczepiony do powbijanych haków. Pod nami 200 metrów „świeżego powietrza”.
Patrzymy w górę. Wprost nad nami wiszą gładkie skalne płyty. Na lewo w górze widnieje szeroka rysa (ma około 100 metrów wysokości) w tzw. zacięciu. Zacięciem wspinacze nazywają dwie schodzące się ściany - trochę tak, jak kąt w pokoju.
- Kilka wypraw przymierzało się już do tego zacięcia, ale nikogo nie puściło - mówi Krzysiek Zieliński. Krzysiek ostatnie półtora roku spędził w Szkocji. Pracował w knajpie, szkolił język, wspinał się. Poznał tam Raya Wooda, wspinacza i fotografa, który w Mali wspinał się dwa lata temu. To od niego m.in. dostał wiele informacji o drogach wspinaczkowych na Kaga Tondo.
- Dzisiaj już mu się nie przyjrzymy - mówi Bogdan.
Trzeba zjeżdżać, jeśli nie chcemy być na ziemi po zmroku. Chowam aparat. Wpinam linę w przyrząd zjazdowy. Zjeżdżamy pojedynczo.

Piwo w Hombori

Nie można wspinać się codziennie - nie wytrzymałyby palce. Robimy dzień odpoczynkowy. Jedyna rozrywka w okolicy to wycieczka do Hombori - zaledwie 12 km. Po dwóch godzinach udaje się złapać pierwszy przejeżdżający samochód.
Hombori to największe miasto w promieniu 150 km, choć na to nie wygląda. Nie ma prądu, bieżącej wody, kanalizacji. Wokół szosy stoją domy zbudowane z gliny. Z gliny jest nawet posterunek policji i poczta. Murowany jest tylko jeden budynek w mieście - szkoła. Biegają półnagie dzieci.
W glinianym hotelu (ale pokoje czyste i schludne) mamy jedyną szansę, by napić się piwa. Większość mieszkańców Mali to muzułmanie. Właściciel hotelu sprowadza z browaru w Bamako (stolica Mali) miejscowego pilsnera Castel Beer specjalnie z myślą o turystach. Zimne, mokre, smaczne - nie ma nic lepszego na pustyni.
- Jeszcze raz to samo - prosimy.
- Niestety, to było ostatnie piwo, jakie miałem - zasmuca nas gospodarz.

Urodziny

Lornetka to dziś - 7 lutego - towar w obozie na wagę złota! Wszyscy w napięciu obserwują, jak wspinają się Bogdan i „Uśmiech”. Musi być trudno, bo idzie bardzo powoli.
Wieczorem zgłasza się przez radio:
- Zacięcie padło.
- Super! Jak było? - pytamy.
- Nie chciałbym go przechodzić drugi raz w życiu. Rysa jest obrzydliwa, cała obsrana przez ptaki. Brzydsza, niż wyglądała z dołu - mówi.
- Wracacie do bazy?
Chwila ciszy.
- Szkoda czasu. Przenocujemy na półce.
Ominą ich moje urodziny. Co prawda bardzo skromne - zamiast tortu jest duża puszka grzybków, zamiast świeczek - przyklejona do niej jedna gruba, odstraszająca komary. A do tego zachowana butelka whisky ze strefy wolnocłowej.

W Europie nie ma już takich ścian

Jest wtorek - w Hombori jak co tydzień targ. Można kupić wielbłąda, masło w kawałkach pływające w miednicy z wodą, słomiane kapelusze, ryż z worków ze znakami organizacji pomocy humanitarnej.
Bogdan i Tomek od rana się wspinają. Słońce im tak nie doskwiera, bo tych kilkaset metrów nad ziemią wieje cały czas przyjemny wiaterek. Około południa odbijają 20 metrów na prawo od zacięcia. Tam zakładają stanowisko, zjeżdżają po pionowych płytach i rozpinają na nich liny poręczowe. Płyty wyglądają znacznie ładniej niż samo zacięcie - wolą więc, żeby droga biegła przez nie. Są lite, ale możliwe do przejścia.
9 lutego. Na Kaga Tondo wspinają się dziś Krzysiek i Waldek. Próbują przejść płyty, na których wczoraj Bogdan i Tomek rozpięli liny. Przez radio donoszą, że płyty będą bardzo trud- ne, ale raczej da się je przejść klasycznie. Oznacza to, że wszystkie haki wbite i wwiercone w ścianę oraz pozakładane friendy używane będą wyłącznie do asekuracji. A wspinacz podczas przejścia będzie łapał się tylko skały - tylko tego, co stworzyła natura.
Noc spędzają na półkach.
Nazajutrz, 10 lutego, upał jest niewiarygodny - w moim namiocie (co prawda stoi na słońcu) zanotowałem temperaturę 51,5 st. Celsjusza! Wszyscy leżą w cieniu. Dwie osoby mają problemy żołądkowe.
Wieczorem Krzysiek i Waldek wracają ze ściany. Wyznaczyli linię, którą będzie się można wspinać na płytach, i przygotowali asekurację. Są zachwyceni skałą.
- W Europie nie ma już tak ładnych, a tak słabo wyeksplorowanych ścian jak te w Mali - uważa Waldek Niemiec. - W Europie większość ścian pokrywa gęsta siatka dróg wspinaczkowych. Trudno wcisnąć coś nowego.
Waldek ma 34 lata. Jest menedżerem, dyrektorem do spraw handlowych w krakowskiej firmie Opakomet. Żonaty, czwórka dzieci. Najmłodsze ma dwa miesiące. Zapalony brydżysta. Waldek dużo wspinał się w dużych ścianach, w Dolomitach, w Patagonii. Chętnie w warunkach zimowych.
- Miałem na myśli prawdziwą zimę, taką ze śniegiem i lodem na ścianach, a nie upalną, afrykańską - śmieje się.

Portaledge

Portaledge to mała wisząca platforma z metalowych rurek i brezentu, na której mieszczą się dwie osoby. Spanie na nim to żadna przyjemność, ale jeżeli w ścianie nie ma żadnych półek, na których można by się zdrzemnąć, to nie ma innego wyjścia. Czytałem niedawno w amerykańskim piśmie „Climbing” o ekspedycji, która spędziła w ponadtysiącmetrowej ścianie na Wyspie Baffina w Kanadzie aż 33 dni. Oczywiście, przez cały ten miesiąc „z hakiem”, śpiąc właśnie na portaledge’ach.
„Uśmiech” i Bogdan od jutra chcą wspinać się tą częścią ściany, która leży powyżej płyt. Nie ma szans, by tam dotrzeć z ziemi w ciągu jednego dnia. Będą więc spali na portaledge’u. Muszę to zobaczyć. Od południa „małpuję” więc razem z nimi.
„Małpuję” i przeliczam metry na podciągnięcia. Jeżeli za trzema pod- ciągnięciami na „małpach” posu-wam się w górę o niecały metr, to oznacza, że zanim dojdę do portaledge’u 300 metrów wyżej, podciągnę się... jakieś tysiąc razy! To pewnie więcej, niż w sumie podciągnąłem się na drążku w domu w ciągu całego ostatniego roku.
Podejście zajmuje nam trzy godziny.
Na portaledgu, na którym spać będą Tomek i Bogdan, jest tak wąsko, że jeden musi spać z głową przy nogach drugiego. Na szczęście wysokość nie przeszkadza w zaśnięciu - od pewnego pułapu przestaje robić wrażenie - nie ma już znaczenia, czy wisi się 300 metrów nad ziemią, czy „tylko” 40.
Dopadają nas ciemności. Zanim Bogdan i Tomek ułożą się do snu, chowam aparat i zaczynam zjeżdżać. Na szczęście tym razem nie zapomniałem o latarce. Ale i tak muszę bardzo uważać - wszelkie manewry wykonywane z liną po ciemku, nawet przy świetle latarki, są bardzo niebezpieczne. Najmniejszy błąd może bardzo drogo kosztować. Dlatego każdy węzeł, każde zamknięcie karabinka sprawdzam po trzy razy.
Latarkę mam założoną na czoło. Jak na złość do snopu światła zlatują się nietoperze.
Brrr! Co za uczucie. Jestem całkiem sam - dwóch ludzi 100 metrów nade mną, do ziemi 200 - a tu jakieś kosmate skrzydła drapią mnie po twarzy. Wyłączam latarkę i zatrzymuję się - może odlecą.
Czekam. Wiszę na linie i rozglądam się po okolicy. To, co za dnia wygląda na nieprzyjazną życiu pustynię, po zmroku wysyła liczne oznaki życia. Aż po horyzont na równinie widać światełka żarzących się ognisk. Dopiero teraz widać, że co kilka kilometrów stoi gromada kilku, kilkunastu szałasów, lepianek. Niby pustynia, a tak naprawdę to tu wszędzie żyją ludzie.
Nietoperzom znudziło się wreszcie moje towarzystwo. Odleciały. Zapalam latarkę i zjeżdżam dalej.
Po godzinie staję na ziemi.

Lot nad sypialnią

Zgodnie z planem dwójka wspinaczy rusza rankiem z portaledge’u w górę. Zaledwie 30 metrów nad miejscem, gdzie mieli wiszący biwak, odkrywają wygodną, szeroką skalną półkę. Szeroką - to znaczy na ścisk mogą spać na niej aż trzy osoby.
- Szkoda, że wczoraj nie wiedzieliśmy, jak blisko jest wygodna sypialnia - mówi nam Bogdan przez radio.
Przez lornetki widzimy, że Tomek i Bogdan wspinają się powyżej odnalezionej półki. Idą jak burza, choć nawet z daleka widać, że ściana nie jest już pionowa, ale przewieszona. Wspinaczka w takim terenie jest zawsze trudniejsza - trzeba więcej siły, bo przez piętrzące się nad głowami kolejne skalne brzuszki trzeba się przedzierać jak przez sufity - wspinając się czasami prawie plecami do dołu. Pod wieczór od wierzchołka góry dzieli ich już tylko jakieś 150 metrów.
Radio zostawiają na półce. Dopiero więc kiedy na nią wracają, przyznają się, że to, co właśnie przeszli, to była jak dotąd najtrudniejsza część drogi. „Uśmiech” wspinający się jako pierwszy odpadł i „przeleciał się”, wyrywając po drodze frienda ze ściany. Tego samego dnia również Ania Kiesell, jedyna kobieta w naszym towarzystwie, odpadła tak pechowo, wspinając się na skałkach pod Kaga Tondo, że podejrzewamy złamanie żebra.
W obozie wydarzeniem poranka jest pojawienie się skorpiona. Czterocentymetrowy blady zwierzak siedział sobie w moim plecaku. - Gorzej, niż gdybyś znalazł czarną kobrę - mówi Salvador.

Zbieranie sił

Przez kilka następnych dni trwają intensywne przygotowania do ostatecznego ataku na szczyt. Na półki trzeba wciągnąć wodę, jedzenie, dodatkowy sprzęt, liny. Na płytach poniżej półek trzeba dowiercić sporo punktów asekuracyjnych. W wolnym dniu, kiedy Michał akurat nie „robi transportu w ścianę”, idziemy razem z nim, Abdrahmanem i Salvadorem wspinać się na Suri Tondo - najbardziej na północ wysuniętą turnię Ręki Fatimy. Wchodzimy drogą stosunkowo łatwą - na turnię o wysokości w przybliżeniu takiej samej co Kaga Tondo dostajemy się w cztery godziny.
- Droga łatwa czy trudna, to nieważne. Ważne, że zrobiliśmy „pierwsze polskie” wejście na Suri Tondo - śmieje się Michał.
Po wspinaniu wieczorem Salvador opowiada nam o początkach tego sportu w Mali. Pierwsi wspinacze z Europy przyjechali do Mali w 1975 roku z Kraju Basków. Byli bliscy wejścia na wierzchołek Kaga Tondo, ale skończyła im się woda i musieli się wycofać. Na szczycie stanęła dopiero trzy lata później trójka Francuzów: V. Girard, C. Caillat, P. Rich.
- Jakież było ich zdumienie, kiedy znaleźli tam stare, gliniane naczynia! - mówi Salvador.
Dopiero wtedy uwierzyli w historię opowiadaną przez starców z wioski Garmi:
„Sto lat temu dwaj bracia - Ousmane i Maliki Zindo, poszli na Kaga Tondo. Chcieli nazbierać jaj gnieżdżących się tam sępów i marabutów. Nie wiadomo, ile dni trwała ich wspinaczka. Nie wiadomo, jaką poszli drogą - prawdopodobnie najprostszą - północnym filarem. Pewne jest to, że się nie asekurowali - bo nie mieli czym - i pewne jest to, że udało im się wejść. Po jednym z braci ślad zaginął. Ciało drugiego z nich znaleziono pod ścianą. Spadł? Skoczył? Zrzuciły go ptaki broniące gniazd? Wiadomo, że na szyi wciąż miał skórzaną torbę z jajami zebranymi na szczycie”.
- Dla miejscowych zbieranie jaj lub szukanie skarbów w górach to jedyne wytłumaczenie dla wspinaczki - mówi Salvador. - Ja tu mieszkam od tylu lat i nikt z wioski mi nie wierzy, że wspinam się po to, żeby po prostu stanąć na wierzchołku góry. Dlatego już wolę udawać poszukiwacza skarbów...

18 lutego

Dziś wielki dzień - początek ostatecznego ataku. Krzysiek i Tomek wspinają się klasycznie - łapią się tylko skały, a haki i cały sprzęt służy jedynie do asekuracji. Bogdan i ja podchodzimy po linach poręczowych. Ja, „małpując”, robię zdjęcia, a Bogdan mało, że fotografuje, to jeszcze ciągnie ze sobą transport wody i jedzenia dla całej trójki na co najmniej dwa następne dni. Dwa wielkie i ciężkie worki.
Krzysiek i Tomek początkowo zmieniają się na prowadzeniu co wyciąg - czyli ok. 50 metrów. Raz jeden wspina się pierwszy, raz drugi.
Ostatnie trzy wyciągi po płytach prowadzi Tomek „Uśmiech”. Akurat udało mi się tak wycyrklować z „małpowaniem”, że jestem na poręczówce kilka metrów od niego.
Wspina się z lekkością, ale bez nonszalancji - żadnych zbytecznych ruchów - jakby tę drogę znał od lat. Chwyty widać, że nie są za wielkie - często trafiają się krawędzie szerokości dwóch centymetrów - praktycznie tylko na końce palców. Tomek regularnie sięga do woreczka z magnezją zawieszonego z tyłu przy uprzęży - osusza palce. Strzepuje ręce, rozluźnia mięśnie. Płynnie posuwa się w górę.
Około czwartej po południu stajemy na półce w połowie wysokości ściany - 300 metrów nad ziemią. Wspinająca się trójka zostanie tutaj na noc - ja już bym się na tej półce nie zmieścił. Życzę więc chłopakom powodzenia i zaczynam zjeżdżać.
- Kupcie nam po piwku w Hombori - krzyczą jeszcze na odchodne.

19 lutego

W nocy przyszedł ostatni tej zimy podmuch harmattanu. Na dole wiatr niemiłosiernie tarmosił namioty. A w ścianie...
- W ścianie w nocy wiał huragan - relacjonuje nam Krzysiek rankiem przez radio. - Jeszcze teraz głowy urywa. Pogoda jest kompletnie nie do życia.
Wiatr trochę słabnie około południa. Wspinacze natychmiast startują i rozprawiają się z najtrudniejszymi wyciągami. Dochodzą 150 metrów od wierzchołka. Nie zdążą dziś na szczyt. Wieczorem zjeżdżają znów na półki. Kolejny nocleg w ścianie.
- Czy możemy coś dla was zrobić? - pytamy.
- Odśpiewajcie za nas „Cichą noc”. Parę godzin ciszy i spokojnego snu to jedyne, czego nam teraz potrzeba - mówi Krzysiek.

20 lutego

Pobożne życzenia się spełniły. W nocy wiatr trochę ustał. Oglądamy z dołu, jak trójka walczy w ostatnim trudnym miejscu - „Uśmiech” przedziera się przez solidny skalny sufit. Dalej ściana nie jest całkiem pionowa - trochę się kładzie - powinno być łatwiej. Po południu już nie widać niczego, co się dzieje w ścianie. Kolejny podmuch wiatru przyniósł tyle pyłu od pustyni, że majaczą jedynie kontury skał. O 17.20 trójka zgłasza się przez radio.
- Gdzie jesteście? - pytamy.
- A nie widać?!
- Nic nie widać. Gdzie jesteście?
- Na piku! Góra jest nasza!
- Super! Gratulacje! Wymyśliliście już nazwę dla swojej drogi?
- Jeszcze nie. Kupiliście piwo?
- Niestety, piwo w Hombori znów się skończyło.
Cisza w głośniku.
- Tak się będzie nazywać - „Ostatnie piwo w Hombori”! Tylko przetłumaczymy na hiszpański, żeby więcej przyjezdnych zrozumiało.
Salvador jest wyraźnie pod wrażeniem dokonań Polaków.
- To było największe wyzwanie, z którym nie poradziła sobie wcześniej żadna ekspedycja - mówi Salvador. - To naprawdę wielkie osiągnięcie.

Każda wyprawa, jak ta do Mali, to poza ogromnym wysiłkiem organizacyjnym wielkie obciążenie dla kieszeni wspinaczy. Atak na Kaga Tondo nigdy nie doszedłby do skutku, gdyby nie pomoc finansowa Polskiego Związku Alpinizmu i firm Opakomet oraz Rettig Heating. Dziękujemy

Powyższy artykuł ukazał się w Magazynie Gazety Wyborczej
w kwietniu 1999 r.

forward
Wyjazd do Mali   |   do poczytania   |   galeria   |   o nas   |   publikacje   |   kontakt   |   english version

design :· speleo.pl