www.adventurepictures.eu
author: Marcin Jamkowski

Peru 

 

 

 

 


 

Źródło Amazonki

Tekst Marcin Jamkowski

Kierowana przez Polaków wyprawa pod patronatem National Geographic Society ustaliła, że Amazonka wypływa z niewielkiego górskiego stawu - Jeziora McIntire’a. To przełom. Przez 17 lat uważano bowiem, że początkiem najpotężniejszej rzeki świata jest strumień Apacheta


Miałem przyjemność być jednym z uczestników tej wyprawy i na gorąco obserwować pracę naukowców w górach, gdzie rodzi się Amazonka.
Wyniki badań wykonanych przez uczestników ekspedycji ogłoszone zostały w Waszyngtonie w siedzibie National Geographic Society - jednego z najszacowniejszych towarzystw geograficznych świata, które było głównym sponsorem ekspedycji „Source of the Amazon 2000”.


Ruch przy źródłach

Naukowcy badający źródła Amazonki zgodni są co do tego, że bierze ona swój początek w południowym Peru, wysoko w Andach, a najdłuższym dopływem zasilającym ją w wodę jest rzeka Apurimac. Kilkadziesiąt lat temu wszyscy zgodzili się, że problem znalezienia źródła Amazonki sprowadza się więc do wyznaczenia początków właśnie Apurimacu.
Prawie 30 lat temu - w 1971 r. - jeden z największych znawców Amazonii Loren McIntire z USA - określił, że najdłuższym dopływem Apurimacu jest strumień Carhuasanta. Ten naukowiec, dziennikarz i wzięty pisarz doszedł do początków strumienia i stwierdził, że zaczyna się on z małego górskiego jeziora leżącego na zboczu ośnieżonego pięciotysięcznika - Nevado Mismi. Towarzysze wyprawy na cześć szefa nazwali je Jeziorem McIntire’a i nazwa ta przyjęła się w literaturze światowej.
W dwanaście lat później - w 1983 r. - u źródeł Amazonki pojawili się Polacy: Jacek Bogucki, Zbigniew Bzdak i Andrzej Piętowski. Wszyscy znani byli z przepłynięcia kajakami najgłębszego kanionu na świecie - leżącego po południowej stronie Nevado Mismi - kanionu Rio Colca. Z ich map i obserwacji wynikało, że początkiem Amazonki nie jest opisane przez McIntire’a jezioro, lecz leżący kilka kilometrów dalej strumień Apacheta.
Dwa lata później - w 1985 r., spod szczytu Nevado Quehuisha, na którego zboczach rodzi się Apacheta, ruszyła wyprawa kajakowa „Od źródeł do ujścia Amazonki”. Na skałach pod wierzchołkiem wciąż widnieje tabliczka pokazująca miejsce, od którego rozpoczął się spływ. Po półrocznym rejsie całą Amazonkę przepłynął tylko jeden uczestnik wyprawy - Piotr Chmieliński, Polak z Rzeszowa mieszkający w USA, jeden ze zdobywców kanionu Colca. Do dziś jest on jedynym człowiekiem, który przepłynął całą Amazonkę.
11 lat później u źródeł pojawił się Jacek Pałkiewicz, mieszkający we Włoszech podróżnik polskiego pochodzenia. Mierząc nie długość rzek, lecz ilość niesionej przez nie wody, obecni z nim naukowcy potwierdzili przypuszczenia Polaków, że to Apachetę należy uważać za początek Amazonki.


Widziane z lotu satelity

Koncepcja ta załamała się jednak wraz z wprowadzeniem do powszechnego użytku ręcznych aparatów GPS - przenośnych odbiorników globalnego systemu satelitarnego służącego do ustalania swojej pozycji. Przy użyciu urządzenia nie większego od kalkulatora można teraz określić swoje położenie w każdym punkcie Ziemi z dokładnością do kilkunastu-kilkudziesięciu metrów. Dokładność byłaby znacznie większa, lecz właściciel satelitów nadających sygnały - armia USA - wprowadził specjalnie drobne zakłócenia. Dzięki temu system ów jest bezużyteczny dla obcych wojsk - nie nadaje się np. do wymagającego precyzji kierowania rakietami.
- W 1998 r. pomyślałem sobie, że można by iść z GPS-em wzdłuż strumieni, co chwila zapisywać swoje położenie, a potem policzyć, który z dopływów Apurimacu jest naprawdę najdłuższy - opowiadał mi Ned Strong, podróżnik z Explorers Club, który pracuje na Uniwersytecie Harvarda.
Zamiar udało mu się zrealizować wiosną 1999 r. Wynik był zaskakujący - nie Apacheta, lecz sąsiedni strumień - Carhuasanta jest źródłem Amazonki!
- Niepokoiło mnie tylko jedno. Dokładność pomiarów Neda była za niska. Żaden poważny hydrolog nie pokusiłby się o rozmowę na temat rzek, które mają kilka kilometrów długości, a zostały zmierzone z dokładnością do kilkudziesięciu metrów - powiedział mi Andrzej Piętowski, kierownik wyprawy „Source of the Amazon 2000”, Polak mieszkający na stałe w USA. - Szukaliśmy więc człowieka, który potrafiłby zwiększyć dokładność pomiarów Neda - dodaje Piętowski. Tym człowiekiem okazał się Andrew Johnston, geograf pracujący w Smithsonian Institution’s National Air and Space Museum w Waszyngtonie.
Do pomiarów zastosował tzw. różnicowy GPS. Polega on na tym, że wszystkie odbiorniki służące do pomiarów rejestrują swoją pozycję co 60 sekund. Jeden z nich zostaje w bazie, więc wiadomo, że jego pozycja się nie zmienia. Po zakończeniu pomiarów zapisy z ruchomych GPS-ów korygowane są danymi z nieruchomego odbiornika.
Zdaniem Johnstona dokładność pomiaru zrobionego tą metodą wynosi jeden metr.
- Gdybym w bazie ustawił dwa nieruchome GPS-y, to miałbym dokładność kilku centymetrów, ale po co mierzyć rzeki z dokładnością do centymetra? - dodaje.


Najgorsza migrena w życiu

Ekspedycja ruszyła w góry w lipcu 2000. Patronat nad wyprawą objęło Limeńskie Towarzystwo Geograficzne, a w składzie ekspedycji znalazł się jeden z jego najlepszych ekspertów zajmujących się badaniami Amazonki - dr Efrain Salmon.
- Byłem już w Andach z kilkoma wyprawami międzynarodowymi, ale żadna wcześniej nie podchodziła do kwestii ustalenia źródeł Amazonki z taką precyzją i pieczołowitością - opowiadał mi dr Salmon w bazie któregoś wieczoru, po powrocie z pomiarów.
Bazę rozbiliśmy dość wysoko - 4800 metrów n.p.m. Kilkanaście namiotów na środku wielkiej pustej doliny, w której Indianie wypasają lamy na niskich, ostrych trawach. Dostaliśmy się tam, jadąc land roverami, podróżując na mułach, a potem idąc na piechotę starym szlakiem, wyznaczonym jeszcze przez Inków. Szlak poprowadzony na długo przed hiszpańską konkwistą, służył posłańcom do biegania z wiadomościami pomiędzy warownymi miastami. Jednak my, pomimo że przez tydzień przed dotarciem do doliny przeprowadzaliśmy intensywną aklimatyzację (codziennie chodziliśmy coraz wyżej po górach, a co dwa dni przenosiliśmy się z noclegiem o kilkaset metrów w górę), nie mieliśmy szans nawet na krótki trucht szlakiem Inków - choroba wysokościowa występująca przy niskim ciśnieniu i, co za tym idzie, braku tlenu na dużej wysokości u wszystkich spowodowała jakiś spadek wydolności organizmu. Ja miałem pierwszej nocy najgorszy ból głowy w życiu i trudności ze spaniem. Kilku innych kolegów wymiotowało i miało rozwolnienie. Dopiero kiedy Brian Gee, lekarz naszej wyprawy, zaordynował diamox - lek nie dopuszczający do powstania wysokościowego obrzęku mózgu - poczuliśmy się, jakby wyrosły nam skrzydła.
- Pracowałem przy kilku wyprawach, które docierały do źródeł Amazonki - mówił mi nasz przewodnik Alberto Velarde-Noa. Alberto nie miewa żadnych problemów z wysokością - jest Indianinem z plemienia Kechua, które żyje w Andach od tysięcy lat. - Widziałem już nawet taką wyprawę, której uczestnicy zlekceważyli aklimatyzację. Po pierwszej nocy spędzonej na dużej wysokości nie byli w stanie wyjść z namiotów - mówił mi Alberto. - Co było robić, wsadziliśmy ich na muły, wywieźliśmy na kilka godzin w góry, a potem półżywych zwieźliśmy jak najszybciej w dół. Nie przeszkodziło im to później publikować artykuły o odkryciach, jakich dokonali nad Amazonką - dodaje nieco rozgoryczony.


Powrót do źródeł

W czasie całego trwania naszej wyprawy codziennie z bazy wychodziło w góry kilka grup badawczych. Każda z nich miała za zadanie dokonanie pomiarów długości jednego ze strumieni. Strumienie na szczęście nie są zbyt długie - mają ok. siedmiu-ośmiu kilometrów długości. Ale na tej wysokości przejście wzdłuż rzeki i wymierzenie jej zajmowały cały dzień. Wieczorem Andrew Johnston odbierał od każdej z ekip GPS-a i zapisane w nim dane przesyłał do swojego komputera. Można było obserwować, jak z dnia na dzień rosła trójwymiarowa mapa całej doliny.
Przedostatniego dnia wyprawy, gdy po zdobyciu wierzchołka Nevado Mismi i zmierzeniu ostatniego strumienia wróciło z wynikami trzech ostatnich podróżników, Andrew Johnston ogłosił: - Panowie, najdłuższym dopływem Amazonki jest biorący początek z Jeziora McIntire’a strumień Carhuasanta.
A zatem źródła najpotężniejszej rzeki świata po prawie 30-letniej tułaczce wróciły tam, gdzie przed laty znalazł je Loren McIntire.

Artykuł powyższy został opublikowany w Gazecie Wyborczej w 2000 r.

 

forward
do poczytania   |   galeria   |   o nas   |   publikacje   |   kontakt   |   english version

design :· speleo.pl