www.adventurepictures.eu
author: Marcin Jamkowski

Rwanda ludobójstwo 

 

Ibuka - Pamiętaj!

Tekst i zdjęcia: Marcin Jamkowski / AdventurePictures.eu
 
„Ibuka” w Rwandzie brzmi jak rozkaz: „Pamiętaj!”. Nie zapomnij o milionie braci, którzy zginęli od maczet. To także nazwa organizacji upamiętniającej poległych. Pojechałem do Rwandy by zobaczyć jak się dba o pamięć ludobójstwa.
 
Celestyn był kierowcą. Szeregowym pracownikiem, jakich wielu zatrudniała jedna z drukarni w Kigali, stolicy Rwandy. Miał nieco ponad 20 lat, a koledzy z pracy zapamietali go jako człowieka pogodnego i bezkonfliktowego. Zwyczajny, wysoki, szczupły, może nawet przystojny, na przedramieniu nosił bransoletkę. Był Tutsim – jak ok. 15 proc. Rwandyjczyków. Jego pochodzenie przyniosło mu zgubę w początkach kwietnia 1994 r., kiedy to Rwanda pogrążyła się w chaosie ludobójstwa. Członkowie bojówek Hutu dopadli wówczas Celestyna i kilku innych Tutsich na przedmieściu stolicy kraju.
– Zarządali od niego kluczyków do służbowego samochodu i benzyny. Myśleliśmy, że to zwykłe bandziory, zabiorą mu auto i tyle. Nikt nie podejrzewał, jakie piekło rozpęta się już w najbliższych godzinach – mówi naoczny świadek wydarzeń. Jak większość moich rozmówców w Rwandzie pragnie pozostać anonimowy. – Jednak samochód ich nie interesował. Wzięli kanister z benzyną i wlali ją przez okienko do zamkniętej kaplicy, w której schroniło się kilka kobiet Tutsi z dziećmi. Nie mogli ich dopaść maczetami, to wrzucili tam kilka granatów i spalili żywcem – kontynuuje mój rozmówca. Celestynowi kazali pokazać papiery. „Tutsi!” – wrzeszczeli z nienawiścią widząc czarno na białym przynależność. Zmusili go, by podarł swój dowód osobisty. Chwilę potem maczetami obcięli mu obie dłonie. Innym schwytanym tego dnia przecinali ścięgna Achillesa, by nie mogli uciec. Nie spieszyli się z dobijaniem konających, by napawać się etnicznym triumfem. Gdy wreszcie zatłukli maczetami swe ofiary, ciała Tutsich zostawili na pastwę psów i drapieżnych ptaków.
 
Tydzień pamięci
Nazajutrz mój rozmówca pogrzebał Celestyna wraz z czterema innymi zamordowanymi tej nocy w płytkim wspólnym grobie. Kilka dni później sam musiał opuścić Rwandę. Dostał pięć minut na spakowanie dobytku. Wrócił po roku, a gdy czasy się uspokoiły, wymurował dla nich płytę.
Stanąłem nad grobem tej piątki w 13 lat od zabójstwa. Celestyn nie był nikim ważnym, nikim nadzwyczajnym. Zwykły obywatel, jeden z miliona Tutsich, którzy zginęli w czasie trwającego trzy miesiące wybuchu zbiorowej agresji i krańcowego zezwierzęcenia. Dziś kraj domaga się upamiętnienia takich jak on. „Ibuka!” – „pamiętaj!” – słychać. Rwandyjska telewizja przez tydzień nadaje wyłącznie programy martyrologiczne, wywiady z ocalałymi i przemówienia prezydenta. Szkoły nie działają - dzieci mają miesiąc przerwy. Miejsca pamięci z niekończącymi się rzędami czaszek, niczym w uwolnionej od Pol Pota Kambodży, otwierają się szeroko na wycieczki zwiedzających. W miejscach kaźni odbywają się spotkania.
Są też ekshumacje. Dziś kolej na ekshumację Celestyna.
 
Myśliwi, zbieracze, rolnicy i pasterze
Rwanda jest małym krajem, o powierzchni mniej więcej województwa Mazowieckiego. Nim wiosną 1994 r. rozpętał się scenariusz ludobójstwa, zamieszkiwało ją około ośmiu milionów ludzi (dziś populacja odrodziła się i jest na podobnym poziomie). Zagęszczenie ludności należy tu do najwyższych w Afryce – gdziekolwiek zatrzymywałem samochód podróżując po Rwandzie, z zarośli zawsze wychylały się dziesiątki ciekawskich oczu patrzących na nas i wymawiających słowo „bazungu” – „biali”. Wszędzie ludzie.
Rwanda nie ma żadnych ważnych bogactw naturalnych. Jedynym dochodem „Kraju tysiąca wzgórz” jest rolnictwo, i każdy dostępny skrawek ziemi jest zagospodarowany. Na malutkich poletkach rosną bataty, fasola, banany, sorgo, maniok i kukurydza. Mieszkańcy skromnych, ale schludnych domków z gliny, nakrytych liśćmi bananowca mogą błogosławić równikowe słońce i wilgoć, jaką niesie górskie powietrze – w większej części kraju ziemia rodzi z dokładnością zegarka trzy razy do roku.
Pierwszymi mieszkańcami Rwandy byli Pigmeje, przodkowie żyjących tam do dziś niziutkich myśliwych-zbieraczy z nielicznego plemienia Twa. Około roku 700 p.n.e. przywędrowali tam rolnicy Hutu. Ok. X-XIV w. na tereny dzisiejszej Rwandy przybyli Tutsi – hodowcy bydła, którzy choć byli w mniejszości, wkrótce narzucili Hutu swą władzę i około XV stulecia stworzyli królestwo zamknięte dla przybyszów z zewnątrz. Mimo, iż kraj był silny, w końcu XIX w. podzielił (jako jeden z ostatnich obszarów Afryki), kolonialny los innych części kontynentu – Rwanda (i sąsiednie Burundi) przypadła w udziale Niemcom, a po ich przegranej w I wojnie światowej przeszła pod panowanie belgijskie. To właśnie Belgowie wpadli w 1932 r. na pomysł wydawania Rwandyjczykom dowodów osobistych z wpisanym pochodzeniem. Co ciekawe, kryterium plemienne nie było jedynym, które miało znaczenie przy określaniu pochodzenia. Za Tutsich uznawani byli również wszyscy, którzy mieli 10 i więcej krów, a kto miał mniej bydła stawał się automatycznie Hutu. Wraz ze wzrostem statusu materialnego można też było „awansować” z Hutu do Tutsich. Belgowie faworyzowali Tutsich i na nich i ich strukturach opierali swe panowanie w Rwandzie. Hutu nigdy im tego nie zapomną.
Lata 50. XX w. przyniosły Rwandzie powstanie pierwszych organizacji politycznych skupiajacych rdzennych mieszkańców. Jednak konflikt pomiędzy partiami reprezentujacymi Hutu i Tutsi (prawdopodobnie podsycany przez Belgów) doprowadził w 1959 roku do wybuchu pierwszej z serii wojen domowych, w wyniku której Tutsi utracili władzę. Wkrótce rozpoczęły się pierwsze krwawe pogromy Tutsich i budowa przez Hutu państwa opartego na nienawiści etnicznej. Przez następnych kilkanaście lat z kraju wyemigrowało ok. 700 tysiecy Tutsich (głównie do sąsiedniej Ugandy).
Niepodległość Rwanda odzyskała w, jak to określał Ryszard Kapuściński, „roku Afryki”, kiedy to w 1962 r. z kolonialnych zależności wyzwoliło się hurtem 20 krajów Czarnego Lądu.
 
Instytucja pamięci narodowej
Pierwsi na miejsce ekshumacji Celestyna przyszli robotnicy do rozbiórki grobu. Rozłożyli łopaty i kilofy i czekali w cieniu drzew. Chwilę po nich zjawiła się rodzina, brat zamordowanego – ksiądz, matka, rodzeństwo oraz przedstawiciele organizacji „Ibuka”. W sumie wraz z gapiami z okolicznych przedmieści około 80 osób. Nim rozbrzmiały pierwsze uderzenia kilofów, powietrze wypełniło się religijnymi śpiewami – zdecydowana większość Rwandyjczyków to chrześcijanie. Wszyscy zachowywali się niesłychanie dostojnie (to cecha, z której znani są Tutsi) i powściągliwie (to cecha wszystkich Rwandyjczyków) – żadnych łez, żadnych krzyków. Smutni, skupieni, godni.
Zadaniem mężczyzn było rozbicie betonowych płyt i dokopanie się do żółtych folii, jakimi w 1994 r. w wojennym pośpiechu nakryte były ciała. Spoceni ustąpili miejsca kobietom z „Ibuki”. Pięć-sześć eleganckich pań w białych rękawicach chirurgicznych zaczęło z wprawą wydobywać spod ziemi kość za kością. „Ibuka” uczestniczy w ekshumacjach w całej Rwandzie.
Kobiety spod ziemi wydobywały piszczele i pęki żeber, potłuczone maczetami czaszki i kręgi. Godzina za godziną układały je w osobnych stosikach, licząc, ze znajdzie się coś, co pozwoli zidentyfikować tożsamość zamordowanych.
– Jest! – przeszedł pomruk wśród zgromadzonych. – To on!
Jedna z kobiet trzymała w ręku resztki przedramienia, a na nim wciąż tkwiącą bransoletę. Celestyna.
 
Czas maczet
– Można było przewidzieć masakrę z 1994 r. Było wiele przesłanek. Ale nie chciało się wierzyć, że zapowiedzi propagandy Hutu, naprawdę się ziszczą – mówi jeden z przewodników w Centrum Pamięci o Ludobójstwie w Kigali.
Centrum jest eleganckim nowoczesnym budynkiem niedaleko śródmieścia stolicy. Na ścianach wisi wstrząsająca ekspozycja o Rwandyjskim ludobójstwie. Do tego część poświęcona Holokaustowi Żydów i zagładzie Ormian. Wzniesienie centrum i stworzenie wystawy rząd Rwandy powierzył braciom Jamesowi i Stephenowi Smithom, którym sławę przyniosła budowa centrum pamięci Holokaustu niedaleko Nottingham w Wielkiej Brytanii.
Choć konflikt miedzy Tutsi i Hutu tlił się od zawsze - na tle statusu społecznego, pozycji, ambicji – zdecydownanie na sile przybierał od lat 60. Z roku na rok radykałowie ze szczytów władzy Hutu coraz głośniej mówili o konieczności eksterminacji Tutsich i „ostatecznego rozwiązania”. Sytuacja zaostrzyła się w latach 70. gdy jeden z generałów Hutu – Juwenal Habyarimana – przeprowadził zamach stanu, zawiesił działalność partii politycznych, parlamentu i konstytucji. Tutsi zaatakowali kraj z baz w Ugandzie w 1990 r. Reżim wspierany przez Francuzów trzymał się mocno, jednak po trzech latach walk doszło do negocjacji z Tutsi w Aruszy (Tanzania). Uzgodniono pokojowy powrót emigrantów, podzielenie się władzą i wolne wybory.
Tymczasem Hutu w Rwandzie mieli już opracowywana faszystowską ideologię określającą Tutsich jako podludzi, „karaluchy”. Opublikowali m.in. 10 przykazań Hutu zgodnie z którymi m.in. każdy kto poślubia, zatrudnia, czy przyjaźni się z Tutsim jest zdrajcą. Radykałowie Hutu rozpoczęli gromadzenie broni, szkolenia wojskowe i powołali do życia bojówki Interhamwe („Walczący razem”). Sygnał do ludobójstwa dało zestrzelenie nad Kigali przez nieznanych sprawców samolotu z prezydentem Habyarimaną powracającym z Aruszy po podpisaniu porozumienia.
– Ludobójstwo było precyzyjnie przygotowane. Ludzie z Interhamwe mieli spisy Tutsich i krok po kroku prowadzili eksterminację. Większość ofiar ginęła we własnych domach zabita prymitywną bronią. Najczęściej były to chińskie maczety kupowane po 10 centów za sztukę – opowiada przewodnik w Centrum Pamięci o Ludobójstwie. Propaganda nienawiści, prowadzona m.in. przez rządową radiostację RTLM,była tak skuteczna, że zabójcami byli bardzo często sąsiedzi, a nawet współmałżonkowie w mieszanych związkach. Ginęli nawet Hutu o umiarkowanych poglądach, którzy nie chcieli brać udziału w mordach. Kto zdążył, uciekał na bagna.
Przez kilka miesiecy zginęło okoła miliona ludzi. To 10 tys. dziennie. Siedem osób na minute. Od maczet.
W całym kraju pojawił się tylko jeden punkt zdecydowanego oporu Tutsich – w Bisesero niedaleko jeziora Kiwu, jednak i tam z 50 tys. ludzi trzymiesięczne oblężenie w górach przeżyło zaledwie 1,3 tys. osób.
Pojechałem do Bisesero. Przepiękna sceneria – wysokie, zielone góry, gęste lasy pełne egzotycznej zwierzyny, a nad nieodległym wielkim jeziorem magiczny zachód słońca. „Szwajcaria Afryki”, a nie miejsce na rzeź. I tylko wielkie zbiorowe groby na szczycie góry przypominają o tragicznych dniach.
- Wszyscy nas zawiedli. Społeczność międzynarodowa nam nie pomogła. ONZ nie kiwnęła palcem, a Francuzi szkolili morderców i pomagali im uciec z kraju – mówił Paul Kagame, obecny prezydent Rwandy w ostatnią rocznicę wybuchu ludobójstwa. Słuchałem jego przemówienia w czasie oficjalnych obchodów w Murambi na południu Rwandy z ciarkami chodzącymi po plecach – zimny, surowy tłum siedzący za mną przyjmował słowa prezydenta bez cienia emocji. Wyjątek stanowiło kilka kobiet, które głośno rozpaczały po stracie bliskich. Straż porządkowa szybko i sprawnie wyprowadzała je do czekających na zapleczu karetek.
W Murambi zginęło 25-50 tys. Tutsich. Schronili się w pomieszczeniach tutejszej szkoły i na okolicznych wzgórzach. Podobnie jak w całym kraju, ludzie gromadzili się w budynkach publicznych i kościołach licząc na iluzoryczny ratunek. I jak wszędzie, tak i tu Hutu wyganiali ich granatami, gazem łzawiącym i benzyną prosto pod maczety. Dziś na miejscu kaźni znajduje się ogromne Centrum Pamięci o Ludobójstwie, a wymurowane u jego stóp masowe groby mają specjalne wielkie okna, by można było w czasie obchodów dokładać nowe trumny z odnalezionymi szczątkami poległych.
Wracam do Kigali. W telewizji prezydent. Przyjaciel tłumaczy mi przemówienie z języka kiniarwanda. Kagame znów przypomina Zachodowi, że nie pomógł, przeszkadzał. Że zawiódł.
 
Pola śmierci
– Jak ja mam zapomnieć? – retorycznie pyta Seraphine Mukamusoni. Wysoka, na oko 35-latka o ładnej twarzy i potwornie smutnym wzroku opiekuje się kościołem w Nyamacie na południe od Kigali. W nim i na okolicznych polach zginęło 10 tys. osób. Również jej rodzice i mąż. Ona sama była wtedy u krewnych, dzięki temu przeżyła.
Świątynia od 13 lat stoi nieużywana – zgodnie z nakazem władz. Wchodzimy przez drzwi z powyginaną kratą. – Nie mogli sforsować kłódki, więc wysadzili – mówi kobieta. Wnętrze jest puste. Za wyjątkiem stosu kości leżących pod ściana i nakrytych pomarańczową plandeką. – Odkryliśmy je niedawno. Będą dowodem w procesie przeciwko zabójcom – mówi cicho. Dach świątyni przypomina sito – wszędzie ślady kul. Na środku kościoła krypta z wielką szklaną gablotą mieszczącą 150 czaszek i piszczeli, troche osobistych rzeczy ofiar, maczugę jednego z zabójców i pojedynczą trumnę. – To szczątki kobiety, którą Hutu szczególnie upokorzyli przed śmiercią – mówi Seraphine.
Na zewnątrz są jeszcze dwie krypty. W jednej na półkach leżą setki trumien – prostych, z desek. W drugiej – tysiące czaszek. Jedna obok drugiej po kilkadziesiąt na półce. Seraphine wydobywa je z ciemności snopem światła z latarki na korbkę. – Gdzieś tu… jest też moja rodzina – mówi powoli. – I jak ja mam zapomnieć? Jak? – pyta.
Pół godziny stamtąd leży Ntarama. Droga do wioski wije się wśród pól bananowców, chwilami niemal zanika w laterytowej glebie. Kilka razy się gubimy, nim wreszcie docieramy na miejsce. Tu także Hutu zaatakowali ludzi w kościele. Zginęło pięć tysięcy osób.
Robotnicy akurat spawają konstrukcję – dach z blachy ma przykryć murszejący budynek świątyni. Wewnątrz tysiące czaszek poukładanych z pietyzmem na prostych drewnianych półkach niczym książki w bibliotece. „Jest coś nieludzkiego w takim epatowaniu” – przechodzi mi początkowo przez myśl. Ale zaraz próbuje sobie wyobrazić, co ja bym robił, po takiej masakrze mojego narodu. A tu, w tej wojnie każdy kogoś stracił.
Regały zajmują całą powierzchnie kościoła. Czaszki są odwrócone tyłem do dawnego ołtarza, kilka leży na nim. Niektóre są owinięte w chusty właścicieli, jedna ma strzałę wbitą w sklepienie, wiele nosi ślady głębokich cięć maczet. Mnóstwo czaszek małych dzieci.
Narcisse Mupagasi miał 18 lat, gdy doszło do „tego”. Jak inni schronił się w tym kościele licząc na ratunek. – Ocalałem przez przypadek. Pod zwałem ciał – opowiada. Dziś ma czwórkę dzieci. – Próbuję normalnie żyć. Zbieram nazwiska wszystkich zamordowanych w Ntaramie. Wyryjemy je w kamiennych płytach, żeby nigdy o nich nie zapomnieć.
 
Do kogo należy pamięć?
Jeździłem po Rwandzie dwa tygodnie. Rozmawiałem ze zwykłymi ludźmi. – Już nie ma Tutsi i Hutu. Teraz wszyscy jesteśmy Rwandyjczykami – mówili głośno. Ale po cichu opowiadali o pęknięciu społeczeństwa, nie pokazywanym w oficjalnych mediach.
– Tutsi wzięli odwet na Hutu – mówi jeden z moich rozmówców. – Po wygranej wojnie w czasie rozprawy z partyzantami zginęło mnóstwo ludzi. – twierdzi. Jego poglady są dość radykalne: używa nawet napiętnowanego w Rwandzie sformułowania „drugie ludobójstwo”.
Oficjalnie wojna zakończona została w połowie sierpnia 1994. Dziś w kraju panuje pokój. Tutsi rządzą Rwandą sprawnie, choć twardą ręką. Mają prezydenta, rząd, parlament, wojsko, policje, tajne służby, a nawet uczelnie.
– Ambitny Hutu, który chce zrobić karierę nie ma dokąd iść – twierdzi mój rozmówca. Pozostaje kariera… zakonna. Od kilku lat obserwuje się w Rwandzie wzrost odsetka Hutu wstępujących do seminariów.
 
Wola ludu
Przy drogach w Rwandzie przeważają dwa rodzaje bilboardów. Jedne ostrzegają przed AIDS, inne zachwalają instytucję tzw. gacacy. Gacaca to rodzaj tradycyjnego sądu ludowego, w którym sprawiedliwość jest wymierzana przez sędziów, wykształconych na krótkim (czasami trzymiesięcznym) kursie prawniczym. Podsądni to zwykle Hutu, którzy przyczynili się do ludobójstwa (główni architekci zbrodni są sądzeni przez międzynarodowy trybunał w Aruszy w Tanzanii). Wśród wyroków ferowanych na gacacy przeważają długie: 10, 20, 30-to letnie. Gdy podróżowałem po Rwandzie w jednym z departamentów gacace zawieszono i sędziów skierowano powtórnie na kurs – wymierzali zbyt wiele zbyt surowych wyroków.
– Odwołanie się od decyzji ludowego sądu jest praktycznie niemożliwe, a fałszywe oskarżenia z ust np. zawistnych sąsiadów, nie należą do rzadkości. To powoduje potworną frustrację Hutu i wzrost napięcia – twierdzi mój rozmówca.
– Pamiętaj jednak by nie oceniać Rwandy zbyt łatwo – mówi inny. – Tu wszystko jest dużo bardziej skomplikowane niż ktokolwiek z zewnątrz może przypuszczać. Przypomniało mi to słowa Jana Pawla II wygłoszone w czasie pielgrzymki do Rwandy: „Przybywam do kraju tysiąca wzgórz, tysiąca problemów i tysiąca rozwiązań”.
 
Wśród burz
Ceremonia ekshumacji Celestyna dobiegała już końca. kobiety z „Ibuki” przeniosły na dziedziniec zebrane z grobu kości i czaszki. Tam wśród śpiewów i modlitw zajęły się przez kilka godzin ich dokładnym myciem i namaszczaniem konserwującymi chemikaliami. Potem wszystkie szczątki zostały złożone do trumien, wystawione w kaplicy i dwa dni później pochowane w jednej z masowych mogił ofiar ludobójstwa kwietnia 1994 r.
Siedziałem długo z żałobnikami i przyglądałem się czyszczeniu kości. Zapadał już zmierzch, a nad Kigali zawisły czarne burzowe chmury. Mężczyźni wzięli w ręce trumny. Nad miastem na krótką chwilę pojawiła się tęcza.

Dziękuję za niezmierną pomoc przy pracy nad reportażem wszystkim przyjaciołom z Rwandy
 
Powyższy tekst z niewielkimi zmianami został opublikowany w tygodniku Polityka nr 30 (2630)/ 2007
forward
do poczytania   |   galeria   |   o nas   |   publikacje   |   kontakt   |   english version

design :· speleo.pl